Pińsk w ZSRR

...Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choć byś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach
I jak zwykł mawiać już ktoś inny,
Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny.

"Traktat Moralny" Cz. Miłosz

Na konferencji teherańskiej (28 listopada do 1 grudnia 1943 r.) ustalono granicę Polski z ZSRR na tzw. linii Curzona. Pińsk i całe Polesie miało zostać w ZSRR. Konferencja jałtańska (4-11 luty 1945r.) przyjęła takie granice, jakie niebieską kredką zaznaczył Iosif Wisarionowicz Stalin. Na konferencji poczdamskiej (17 lipca do 2 sierpnia 1945 r.) zatwierdzono pozostałe granice. Koalicja trzech mocarstw USA, Anglii i ZSRR podjęła decyzje bez udziału zainteresowanych o przesiedleniu milionów ludzi i o suwerenności narodów.

Nim podpisano wszystkie stosowne dokumenty, już w sierpniu 1944 Polesie i Pińsk były częścią ZSRR. Jeszcze trwała wojna. Niektórzy młodzi pinczanie, ewakuując się z miasta, dołączyli do Powstania Warszawskiego. Ci, którzy tu zostali, pamiętając lata okupacji 1939-1941, starali się nie dopuszczać myśli, że powstające Państwo Polskie zostawi ich poza swoimi granicami. Jeszcze utrzymywały się oddziały AK. Jeszcze była nadzieja.

Po wsiach z niepokojem czekano na ustalenie granicy. Wielu obwiało się, że jeśli tu będzie Polska, należy spodziewać się odwetu za rozboje i mordy dokonane na polskiej ludności we wrześniu 1939 r.

Rzeczywistość jednak była inna. Za sowieckim wojskiem do Pińska ściągali cywile ze wschodu. Najpierw przybyli Żydzi, którzy w 1941 r. z Czerwoną Armią uciekli przed Niemcami. W 1939 r. była pilnowana "stara" granica ZSRR, żeby nikt nie opuszczał swoich kołchozów i miast. Pilnowano, żeby ludzie ZSRR nie zobaczyli jak się żyje tym, którzy nie znają kołchozów, ani prawdziwej komuny. Teraz natomiast, kto mógł, ciągnął na Polesie przed głodem i nędzą, która była przed wojną, a w czasie wojny spotęgowała się. Zajmowali jeszcze ciepłe mieszkania po ludziach wypędzonych przez Niemców. Niektórzy przybywali tylko w celach rabunkowych - ogołacali opuszczone domostwa. Większość nowych przybyszów, zmęczonych wojną, osiedlała się w nadziei na ustabilizowanie życia. Przyjmowali się do pracy w odbudowywanych fabrykach. Dziwnym zbiegiem okoliczności do Pińska trafiła spora grupa przesiedlonych mieszkańców Leningradu, którzy przeżyli blokadę tego miasta. Była to inteligencja rosyjska, nauczyciele, wojskowi z rodzinami. Ich osiedlenie się w Pińsku miało pozytywny wpływ na losy tego miasta.

Na poleską wieś ciągnęli ze wschodu różni ludzie. Jedni kradli, drudzy szukali pracy. Polesie choć wypalone, wyniszczone wojną, po stracie ok. 25% ludności, dla przybyszów ze wschodu było rajem. Do 1949 r. sowieci nie zaczęli intensywnej kolektywizacji. Dzięki temu ludzie jak dawniej uprawiali swoje pola, sady, warzywniaki. Każde gospodarstwo miało swoje krówki, świnki, kury, gęsi, siano na łąkach, dostatek ryb, grzybów, jagód, miodu. Nadwyżkę żywności wywożono do Pińska. Żony radzieckich wojskowych bez większych targów kupowały wszystko. Jak dawniej drewniana hala targowa była pełna serków, masełka, mleka, śmietany, jaj. Wciąż działały olejarnie. Garncarze sprzedawali garnki, miski, kubeczki, talerze i nocniki. Każdy mógł na targu sobie kupić beczkę do kiszenia kapusty czy mniejszą na solenie słoniny. Nawet lizaki - czerwone koguciki, wciąż były na targu. Gdyby nie wysokie podatki...

A co u krawca? Od frontu dokwaterowano mu rodzinę Rosjan i zatrudniono w Wojentorgie w charakterze szwacza. Zszywał tam w systemie akordowym ubrania na miarę. Nasz krawiec w Warszawie skończył szkołę kroju i szycia odzieży ciężkiej męskiej, w Brześciu zdał egzamin mistrzowski, od 1927 r. prowadził własny zakład krawiecki, zatrudniający nawet do 12 osób, specjalizujący się w krawiectwie mundurowym i szyciu sutann. Jego żona wyszywała epolety. W Wojentorgie zarabiał niewiele. Złośliwie mu przydzielano najtrudniejsze prace. W domu przyjmował dawnych klientów i po nocach, głównie przerabiał, nicował im ubrania, żeby utrzymać rodzinę, która właśnie się powiększyła. Żona pozbawiona niemieckich leków, miała coraz częściej ataki. Niemowlakiem zajął się, zimą owdowiały, teść.

Proboszcz Pińskiej katedry ks. Jan Wasilewski, przeczuwając skierowanie największych represji wobec księży, zapobiegliwie organizował osoby świeckie w komitetach kościelnych, by mogli utrzymać swoje świątynie, gdy zabraknie kapłanów. Takie komitety za jego sprawą powstały w Łohiszynie (prezes p. Antoni Stefanowicz), w Telechanach i innych miejscowościach. W Pińsku na wniosek ks. Wasilewskiego w głosowaniu ustanowiono prezesem komitetu kościelnego krawca Józefa Kunę. W skład komitetu wszedł pan Zygmunt Goroch, Józef Melech, Bronisław Terlecki (organista), pani Zofia Kałłaur. Księdza Jana Wasilewskiego coraz częściej wzywało do siebie NKWD, wydając nakazy i zakazy. Coraz częściej był przesłuchiwany i zatrzymywany. Wtedy zastępował go ks. Stanisław Ryżko, proboszcz z niedalekiego Horodyszcza.

Ksiądz Stanisław Ryżko od kwietnia 1939 r. był również kapelanem sióstr urszulanek w Mołodowie. We wrześniu 1939 r. ze swoimi podopiecznymi udało mu się wydostać z terenów okupowanych przez sowietów do centralnej Polski. Jednak mimo, że kto mógł, to uciekał z Polesia na tereny niemieckiej okupacji, postanowił wrócić do swoich parafian w Horodyszczu i w niezwykle trudnych warunkach nieść im posługę kapłańską. W lipcu 1944 r. Niemcy zniszczyli jego kościół parafialny.

Zofia Kałłaur - skarbnik Komitetu Kościelnego w Pińsku od 1944 r.

Zofia Kałłaur - skarbnik Komitetu Kościelnego w Pińsku od 1944 r.

W Pińsku najczęściej odprawiał mszę w drewnianym kościółku Matki Boskiej Bolesnej na cmentarzu. Kościół Karola Boromeusza był splądrowany i niedługo zamieniony na skład zboża, a potem meblowy. Kościół jezuicki był wypaloną ruiną. Tylko katedra była w stanie nienaruszonym.

Jesienią 1944 r. ks. J. Wasilewskiemu zabroniono udzielania chrztów, ślubów itp. działalności kapłańskiej. Ksiądz jednak potajemnie udzielał tych sakramentów nie wpisując do ksiąg parafialnych. Zakazów było coraz więcej. Zabroniono używania dzwonów. Niestety, przybysze ze wschodu dobierali się do dzwonnicy i dla zabawy dzwonili nawet kilka razy dziennie. Ksiądz miał z tego powodu nieprzyjemności. Obawiał się też podpalenia drewnianej konstrukcji w dzwonnicy, ponieważ pożar spowodowałby upadek i rozbicie dzwonów. Pan Zygmunt Goroch ze swoim bratem postanowili temu zaradzić. Rozebrali drewniane rusztowania i schody prowadzące do dzwonów. Dzięki tym dwóm braciom dzwony ocalały i do dziś cieszą już zupełnie innych parafian.

We wrześniu 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego podpisał umowę, na podstawie której mieli być przesiedleni mieszkańcy wschodnich terenów Polski na zachód, również i zesłańcy z lat 1939-1941.

Ludzie na wsiach w obawie przed sowieckim reżimem, kolektywizacją całymi wioskami szykują się do porzucenia swojej ziemi. Przychodzi im to tym łatwiej, że z czasem nadchodzą dobre wieści od znajomych, którzy osiedlili się w pobliżu nowej zachodniej granicy Polski.

W samym Pińsku panuje niepewność - co robić. Niby rdzenni mieszkańcy są przyzwyczajeni, że tu raz Polska raz Rosja. Jednak teraz rządzą sowieci. Jeszcze nie koniec wojny, jeszcze działają podziemne organizacje np. Związek Obrońców Wolności z duchowym przywódcą ks. Wacławem Jaziewiczem. Żal zostawiać swoje domy. Trzeba jednak podejmować życiowe decyzje i to raz na zawsze.

W grudniu 1944 r. Pińsk opuścił wikariusz generalny ks. Henryk Humnicki, jego funkcję przejął ks. Jan Wasilewski. Arcybiskupi, biskupi byli zmuszani do opuszczenia terenów zajętych przez ZSRR. Zwykły ksiądz, pełniący taką funkcję, mógł zostać.

Ksiądz kanonik Jan Wasilewski był osobą dużego formatu. Sowieci znali jego przeszłość. Ukończył z odznaczeniem metropolitarne seminarium duchowne w Petersburgu. Był tam uczniem bpa Zygmunta Łozińskiego. Nim przyjął święcenia(1909 r.) studiował w Akademii Duchownej, potem ponad rok studiował filozofię w Louvain w Belgii. Przez osiem lat, do 1918 roku, był katechetą i wychowawcą w gimnazjum polskim przy kościele św. Katarzyny w Petersburgu (miejsce pochówku króla Stanisława Augusta Poniatowskiego). Publicznie potępiał terror bolszewicki. Za te wystąpienia był aresztowany 30 kwietnia 1919 r. i więziony do 22 lipca. W 1920 r. przez dwa tygodnie przebywał w parafii w Archangielsku, czasowo zajętym przez ententę. Poszukiwany przez czekistów, ukrywał się przez 5 miesięcy. Zimą 1921 r. wziął udział w dyspucie o istnieniu Boga, zorganizowanej przez sowietów w Petersburgu w gmachu dawnej Dumy. W marcu 1922 r. udał się z pomocą duszpasterską do Mińska. Tam już 1 czerwca został skazany na 3 lata więzienia za protest przeciwko konfiskatom przedmiotów liturgicznych w kościołach. Był więziony na Butyrkach w Moskwie. Dzięki interwencji rządu Łotewskiego został zwolniony. 22 września 1923 r. przybył na Łotwę, gdzie był wikariuszem i katechetą w Agłonie, potem w Rydze. Napisał książkę pt. "W Szponach Antychrysta" o bolszewickiej Rosji. Zakładając diecezję pińską bp Zygmunt Łoziński w 1925 r. zaprosił do Polski ks. J. Wasilewskiego i powierzył mu stanowisko rektora Seminarium Duchownego w Pińsku. Był wykładowcą teologii moralnej. W 1928 r. otrzymał tytuł kanonika katedralnego kapituły pińskiej. Był spowiednikiem bpa Z. Łozińskiego. Pełnił różne funkcje. W latach 1933-1937 był dyrektorem Gimnazjum Biskupiego w Drohiczynie nad Bugiem. Od 1937 r. znowu w Pińsku wykładał filozofię i teologię moralną. Od wybuchu wojny w 1939 r. został proboszczem katedry pińskiej. Tak w skrócie o nim pisze ks. Roman Dzwonkowski.

Sowieci wiedzieli, że mają przed sobą wybitnego teologa, człowieka doświadczonego, szanowanego. Gdyby udało się go namówić do współpracy, to na Polesiu szybko zapomniano by o religii i Bogu. Namawiano go by odwołał to o czym napisał w "Szponach Antychrysta". Za współpracę obiecywano mu nawet sakrę biskupią.

Po przesłuchaniach wracał do swoich parafian i starał się umocnić ich w wierze i w obowiązku służenia Kościołowi. Jednak parafian było coraz mniej. W styczniu, w lutym 1945 r. już odjeżdżają pociągi z ludźmi, którzy boją się zostać w sowieckim Pińsku.

Parafianie z Horodyszcza też zapakowali swój dobytek, pożegnali się ze swoim proboszczem i odjechali. Ks. Stanisław Ryżko, mimo że też zapisał się na wyjazd z horodyszczanami, za namową ks. Jana Wasilewskiego pozostał. Obydwaj wiedzieli, że czekają ich tu prześladowania, więzienie, a może i śmierć. Byli kapłanami, więc postanowili nie opuścić tych co zostali i utrzymać istnienie Kościoła katolickiego na Polesiu.

Spójrzmy jeszcze raz na Pińsk z 1945 r. Z dawnych mieszkańców została naprawdę garstka zagubionych ludzi, w tym niewielu katolików. A przecież jeszcze niecałe sześć lat temu ulice wypełniał elegancki tłumik. Między klasztorem a kościołem przechodzili księża. Nad Piną spacerowali klerycy z Seminarium Duchownego, zakonnice w habitach przemykały do ochronek opiekować się dziećmi pińskich mieszczan. Święta kościelne wypełniały przy biciu dzwonów procesjami ulicę Kościuszki i plac 3-go Maja. A teraz zostało dwóch księży. A mógł być przecież tylko jeden. Księdza Stanisława Ryżkę jego parafianie z Horodyszcza na kolanach prosili, żeby nie opuszczał ich w podróży w nieznane i trwał przy nich jak pasterz.

Osoby wywiezione z Pińska do Niemiec na roboty były pierwszymi poleskimi osadnikami na Ziemiach Odzyskanych. Ponaglali swoich krewnych i znajomych do wyjazdu z Polesia. Zamienić przecież mogli swój drewniany domek, czy wilgotne pożydowskie mieszkanie na wyposażony dom po Niemcach. Ci, co przed wojną mieszkali w ładnych domach czy willach, byli już zesłani daleko na wschód, uciekli na zachód, albo wcale ich już nie było...

A gdyby tak opuścił Pińsk i ksiądz St. Ryżko i ks. Wasilewski. Panorama lewego brzegu Piny nie wyglądałaby tak, jak teraz. Nie górowałaby nad nią świątynia, dzwony by nie obwieszczały święta, tylko zostałyby przetopione na patrony i zabijały gdzieś tam niewinnych ludzi, a złotozęby uśmiech sowieta błyszczałby jak kielich mszalny. I to byłby koniec Kościoła katolickiego na Polesiu.

W zaistniałej sytuacji międzynarodowej narodowość polska na tych terenach miała tylko takie znaczenie, że niosła w sobie przywiązanie do tradycji i wiary katolickiej. Prawosławni podlegali władzy cerkiewnej w Moskwie, kontrolowanej przez sowietów, natomiast papież był poza zasięgiem NKWD, więc należało ustanowić bezpośredni wpływ na katolików, dlatego szukano księży, którzy pójdą na współpracę.

Gdy ks. Jana Wasilewskiego, autora "W Szponach Antychrysta", pytano za co jest więziony, odpowiadał, że za łączność z Bogiem. Ksiądz, który całe życie był pedagogiem, wykładał moralne prawdy wiary, odważnie głosił je w każdych okolicznościach, wzbudzał w swoich parafianach bezgraniczne zaufanie. Oni mu wierzyli, że trzeba tu zostać i bronić świątyni, swoich praw wyznaniowych. Wierzyli, że to słuszna sprawa i że mają Boże wsparcie za wstawiennictwem Sługi Bożego biskupa Zygmunta Łozińskiego. Wierzyli swojemu proboszczowi, bo go znali. To był dobry, ciepły człowiek. Żył w otoczeniu ludzi młodych, pomagał im kształcić się, utrzymywał sieroty, dzieci z rodziny, pomagał wszystkim potrzebującym, bez względu na wyznanie. W czasie wojny dokarmiał żydowskie dzieci. Za to wszystko go szanowano.

22 sierpnia 1945 r. ks. Jana Wasilewskiego aresztowano i wywieziono do Mińska. W warunkach terroru, trwających jeszcze walk na bagnach i w lasach, podczas realnego zagrożenia aresztowaniem oraz deportacją na wschód - 150 osób podpisało petycję o jego uwolnienie. Może jeszcze gdzieś tam w Mińsku w jakiejś szarej teczce leży lista tych odważnych ludzi i czeka na upublicznienie.

Dwa lata przesłuchań nie zniewoliły ani nie złamały ks. Jana Wasilewskiego. W maju 1947 roku enkawudziści poddali się, skazując księdza na 10 lat "wolnej zsyłki" do Kazaczyńska nad Jenisiejem w Karasnojarskim Kraju, gdzie umiera wiosną 1948 r.

Ciągle zmniejszająca się z powodu wyjazdów na zachód liczba pińskich parafian stanęła przed nowym wyzwaniem. Właśnie zostali bez proboszcza i zabrano im klucze od katedry. Ludzie skupieni przy komitecie kościelnym pisali petycje o zwrócenie katedry i zarejestrowanie księdza Stanisława Ryżkę jako proboszcza.

Wśród tych osób już nie było nauczycieli, ani nikogo z kręgów inteligenckich, kto by potrafił napisać pismo w języku rosyjskim. Ktoś z zewnątrz wspólnoty musiał im pomagać. Znane mi jest tylko nazwisko Władysława Zujewskiego, który udzielał w potrzebie porad prawnych prezesowi komitetu kościelnego. Władysław Zujewski był prawnikiem, znał biegle język rosyjski i miał żonę Rosjankę.

Sowieci widząc przed sobą garstkę parafian proponowali im zatrzymanie tylko drewnianego kościółka na cmentarzu. Parafianie nie zgadzali się, ponieważ obawiali się podpalenia. W okolicy często płonęły drewniane świątynie. I znowu pisali petycje o katedrę. Wtedy zaproponowano kościół Karola Boromeusza. Parafianie też go nie chcieli, ponieważ był zupełnie ograbiony i wciąż domagali się katedry. Józef Kuna niejednokrotnie był wzywany w tej sprawie. Aż w końcu władze, widząc, że ilość parafian topnieje i spodziewając się, że taki zwykły wiejski ksiądz, jak oni myśleli o księdzu Ryżce, nie będzie miał zbyt wiele odwagi by walczyć o probostwo i świątynię - wyszli z nową propozycją. Zawiadomili komitet kościelny, że parafian jest tak mało, że nie są w stanie utrzymać ani księdza ani żadnego kościoła. Wskutek protestów komitetu, zaproponowano przedłożenie listy 20 rodzin (podaję taką liczbę, bo taki warunek stawiano w innych parafiach), które wezmą na siebie utrzymanie księdza i katedry.

Ksiądz Stanisław wchodził do domów zaprzyjaźnionych ludzi z prośbą o wpisanie się na listę. Józef Kuna odwiedzał swoich dawnych klientów. Nie wszyscy mieli pracę zarobkową, pozwalającą na utrzymanie własnej rodziny. Nie wszyscy wiedzieli czy tu zostaną. Nie wiadomo też było czy wpisując się na taką listę właśnie stracą pracę, a dzieci możliwość dalszej nauki. Dużo osób było samotnych, starych utrzymujących się np. ze sprzedaży własnoręcznie robionych serwetek, czapeczek, czy z przydomowego ogrodu i hodowli kurek, świnek itp. Niektórzy ze względu na zajmowane stanowisko odmawiali wpisania się na listę, ale zapewniali, że jak będą potrzebne pieniądze na podatki, to zawsze wspomogą. I słowa rzetelnie dotrzymywali. Wielu miało uzasadniony zresztą lęk, że wpisanie się na taką listę, to tak jakby poprosić o bilet na Syberię. Lista wypełniła się potrzebną ilością osób deklarujących gotowość utrzymania świątyni i księdza. Ksiądz Stanisław Ryżko został zarejestrowany jako proboszcz parafii, a prezes komitetu kościelnego otrzymał klucze od katedry. Nim to się stało, przeprowadzono inwentaryzację w kościele i zabrano protokólarnie księgi parafialne. Podczas tych prac była obecna żona Józefa Kuny, ale ze względu na małe dziecko, nie do końca. Protokół zdawczy ostatecznie podpisał Zygmunt Goroch sam. Józef Kuna  w tym czasie musiał być obecny w pracy.

Współpracownikami naszego krawca w warsztacie byli głównie Żydzi tzw. wschodni. Tutejszych Żydów, którzy wraz z Czerwona Armią wrócili do Pińska już nie było, ponieważ w większości razem z Polakami, jako obywatele przedwojennej Polski wyjechali i osiedlili się m.in. w okolicach Dzierżoniowa, Bielawy, Wałbrzycha. Kwalifikacje pracowników Wojentorgu nie były wielkie. Nieraz tak skroili ubrania, że nasz krawiec odmawiał ich zszywania. Pewnego razu, przyszedł do zakładu bardzo otyły oficer i zamówił szynel. Krawca Kunę wypchano, żeby mu zdjął miarę. To nie było łatwe. W obwodzie półtorametrowa miara była zbyt mała. Nasz krawiec fachowo pomierzył grubasa, a ktoś szybko w obecności oficera zarządził, że też i on skroi i uszyje szynel. No i uszył. Oficer przymierzył gotowe ubranie i zaczął wyzywać pozostałych krawców od partaczy itp. To był najlepiej w jego życiu uszyty szynel. Przyniósł materiał na mundur, dał panu Kunie do szycia, a pozostałym zabronił nawet dotykać. Po nim przychodzili następni oficerowie z robotą prosto do naszego krawca. Po uszyciu munduru, krawiec dostawał hojne napiwki, nieraz życzyli sobie przyjść do siebie do domu z przymiarką. U pozostałych pracowników wywoływało to zawiść, a nawet nienawiść. Z tą hojnością był niestety wielki kłopot. Oficerowie po odebraniu munduru zapraszali krawca  w tzw. podwał (knajpa w suterynie domu) w rynku i częstowali stakanem wódki i sałatką ze śledziami. Wokół było dużo dymu, gwar i okrzyki podpitych oficerów. Krawiec ich zwyczajnie się bał i nie miał odwagi odmówić. Śmiali się z niego, że polaczek nie potrafi tak jak oni pić wódki stakan za stakanem. Po takim poczęstunku całą noc bolała głowa i męczyły torsje po dziwnej sałatce. Z czasem przyzwyczaił się do tych ludzi i prosił, żeby mu zamiast wódki zamówili bakał piwa i rybę z konserwy (treska w masle). W pracy pilnowano, żeby był punktualnie i zamówienia wykonywał na czas.

Dom krawca stał się portiernią katedry. Najwcześniej przychodził po klucze od kościoła pan Melech. Potem ks. Stanisław Ryżko, upewniał się czy klucze wzięte i chwilę rozmawiał ze staruszkiem teściem p. Kuny. Stałymi gośćmi były zakonnice, których kilka zostało. Brały klucze i szły sprzątać, układać kwiaty na ołtarzu. Z pozoru wyglądało to zwyczajnie ale tak nie było.

Ks. S. Ryżko co trochę był wzywany po nakazy i zakazy np. zakaz nauczania religii, korekta śpiewu kościelnego itp. Jaki to był ksiądz? To był uczeń biskupa Zygmunta Łozińskiego. Tak jak i jego nauczyciel był człowiekiem niezwykle skromnym. Zawsze uśmiechnięty, pogodny, nikt nie ujrzał na jego twarzy złości czy nawet w gniewie ściągniętych brwi, był to człowiek niezwykle łagodny. O jego życzliwości, uczynności, bezinteresowności krążyły wśród parafian legendy. Opiekowały się nim zakonnice, które zostały w Pińsku. Siostra Akwina była z nim jeszcze w Horodyszczu. Sprawami czysto materialnymi, takimi jak wyżywienie, ubranie, utrzymanie zajmowała się głównie siostra Katarzyna. Ilustracją jego postawy wobec bliźniego jest historia do dziś opowiadana w rodzinie krawca.

Pewnego razu siostra Katarzyna przyniosła nowiutki kupon materiału, z prośbą, żeby uszyć księdzu spodnie, ponieważ te, w których chodzi są bardzo połatane. Zdobycie takiego materiału w tamtych czasach wymagało wielkiego zachodu. Krawiec uszył. Mija tydzień, dwa - krawiec widzi, że ksiądz dalej chodzi w starych spodniach. Wreszcie go zagadnął: Czy te spodnie co uszyłem źle leżą, są niedobre?
Ksiądz na to: bardzo dobre były.
Krawiec, znając księdza, dociekliwie: A gdzie teraz są?
Na to ksiądz: dałem parafianinowi, który wyjeżdżał z Pińska i nie miał ubrania.
Krawiec oburzony: to trzeba było dać mu połatane.
Ksiądz na to: Jak można komuś sprezentować połatane spodnie, jak są nowe. Zresztą pod sutanną i tak nie widać jakie noszę.

Wszyscy o nim mówili - święty człowiek. Dla chorego w Horodyszczu potrafił pieszo dotrzeć do Pińska po lekarstwa i jeszcze pożyczyć na nie pieniądze, bo sam nigdy nie miał nic. Swoją dobrocią, a przede wszystkim szczerością zjednywał ludzi i do siebie i do Boga.

Przynosił klucze od kościoła i siadał koło Adama Troszyńskiego, teścia krawca, i długo sobie rozmawiali o polityce i o Bogu. Wydarzenie sprzed ponad dwudziestu lat, zaciążyło nad staruszkiem tak, że przysiągł sobie, że jego noga w kościele już nie stanie. Nie był na ślubach dzieci, chrztach i pierwszych komuniach wnuków. Córkę wyposażył do zakonu, jednak nikt go nie mógł przekonać i do kościoła nie wszedł od 1923 r. Dzięki księdzu Stanisławowi Ryżce pojednał się z Bogiem. Umarł niedługo po zesłaniu księdza na Syberię, a jego grób zachował się do tej pory na starym katolickim cmentarzu w Pińsku.

Pińsk - zdjęcie zrobione przed katedrą w maju 1947 r. po procesji w Święto Zesłania Ducha Św.

Spojrzenie na zbiorowe zdjęcie zrobione po procesji w 1947 r, daje obraz o tym jacy ludzie upominali się w Pińsku o prawa katolika, o kapłana, o świątynię, która była zawsze czynna, z przerwami na rozbudowę i odbudowę po pożarach i zniszczeniach wojennych, była zawsze katolicka, budowana i strojona staraniem tutejszych obywateli. To było ich dziedzictwo. Na zdjęciu są przede wszystkim dzieci. W czasach prześladowań, walki z ludźmi wierzącymi, w czasach zsyłek i totalnej niepewności - rodzice tych dzieci mieli odwagę wpisać się na listę chrześcijan, katolików. W ten sposób zachowali wiarę dla swoich dzieci, zachowali też dla potomnych świątynię. Łożyli na nią nieraz przysłowiowy ostatni grosz, żeby była, żeby nie być przegranym, żeby zwyciężyć dla przyszłości.

Z sąsiednich budynków, zajmowanych przez wojsko, dokonywano włamań do katedry. Kiedyś włamywacz wszedł na piszczałki zabytkowych organów. Po każdym włamaniu ksiądz był wzywany, a prezes komitetu kościelnego miał w domu rewizję. Wybijano szyby podczas nabożeństw. Wstawienie nowej szyby na takiej wysokości było nie lada wyzwaniem. Parafianie zabezpieczyli je siatką drucianą.

Pewnego dnia spłoszono kogoś, kto włamał się do krypty, gdzie była złożona trumna ze zwłokami biskupa Łozińskiego. Złodziej zdążył tylko, podważając wieko, uszkodzić metalową obudowę drewnianej trumny. Postanowiono przenieść ją w bezpieczniejsze miejsce. Ołtarz Matki Boskiej Różańcowej w środku był pusty i tam od góry postanowili włożyć trumnę. Robili to w wielkiej tajemnicy. Pan Kuna bardzo się martwił, jak przeniosą na pewno ciężką dębową trumnę. Do pomocy był pan Melech i pan Goroch. Ku zaskoczeniu wszystkich, jak opowiadał pan Kuna, trumna okazała się dosłownie "lekka jak piórko". Łatwo wnieśli ją do kościoła i, nic nie uszkadzając, włożyli do ołtarza z lewej strony w bocznej nawie. Za tym konduktem szła siostra Akwina. Ze wzruszenia tylko szla za trumną i płakała niepohamowanym szlochem i ledwie nadążała za mężczyznami niosącymi trumnę.

Do katedry przybywali ludzie z różnych stron - łódkami i pieszo, furmanką i pociągiem z miejscowości, gdzie już nie było ani księdza ani kościoła. Z miejscowości, które przed 1939 r. były w granicach ZSRR, przyjeżdżały dorosłe osoby, żeby przyjąć chrzest, wziąć ślub, a czasem jeszcze ochrzcić wnuki. Niektórzy w obawie o pracę, o stanowisko prosili księdza o dyskrecję. Dla wielu z nich ciasne mieszkanie krawca było noclegownią. Do spania kładli się na jednym kożuchu na podłodze albo na stole krawieckim, przykrywali się drugim. Ksiądz miał bardzo dużo pracy. Zajmował się tylko obowiązkami kapłańskimi.

Pan Józef Melech zbierał pieniądze na tacę. Wszystkie podatki, opłaty były płacone w terminie. Ktoś przywoził na saneczkach porąbane drwa, żeby napalić w piecu w zakrystii. Ktoś z tartaku przynosił trociny. Trociny zalewało się wodą, posypywało się po pięknej czerwono-białej posadzce, a potem zmiatano szczotką. To był w tamtych czasach sposób na czyszczenie do połysku posadzki i żeby nie zakurzyć ścian, rzeźb i innych ozdób w kościele. Do godz. 7:00 musiał być porządek przed katedrą, a zimą odrzucony śnieg. Nie dotrzymanie tego terminu było karane grzywną. W czasie, gdy parafianom zabierano klucze od katedry, nikt tam nie sprzątał, a władzom wtedy to nie przeszkadzało. Na Wielkanoc ktoś z pobliskiej wsi przynosił naręcza powiązanych gałązek wierzbowych bazi, ozdobionych barwinkiem. Latem kobiety przynosiły z ogródków kwiaty i szczególnie główny ołtarz był pięknie wystrojony przez zakonnice. Pan Terlecki grał na organach, a prowadzony przez niego chór pięknie śpiewał. Na odpust 15 sierpnia w zwyczaju było przynosić do poświęcenia bukiet kwitnących ziół, ozdobiony kłoskami. Do bukietu wkładano gałązkę, na której były nanizane jabłuszka, gruszki.

W kościele na babińcu zwykle "rezydował" jakiś tajniak. Słuchał modlitw, śpiewów, kazań, liczył ludzi. Sowieci przecierali oczy ze zdumienia. Nie spodziewali się w dobie takich restrykcji, zastraszeń - pełnego kościoła wiernych. Wobec tego wzywano księdza, besztano go i udzielano instrukcji. Zakaz prowadzenia chóru, korekta śpiewu tzn. w kolędzie nie może być śpiewane :...Błogosław Ojczyznę miłą, ani w żadnej pieśni, gdzie jest w tekście "Maryja, królowa Polski " albo w ogóle wyraz "Polska" itd. A tak w ogóle, wg nich, to ksiądz na pewno ma zbyt wysokie dochody i podatki szły w górę. Kazania księdza nie poruszały żadnych innych zagadnień oprócz spraw Bożych, mimo to były uwagi. Stale nękany ksiądz, nie czuł się tym podłamany. Chciał wytrwać jak najdłużej, jak najdłużej służyć parafianom. A oni byli mu za to wdzięczni. Wszyscy starali się mu usłużyć jak tylko mogli. Wtedy był jeszcze zwyczaj całowania księdza proboszcza w rękę. Parafianie w tym geście okazywali mu wdzięczność.

29 kwietnia 1949 r. księdza Stanisława Ryżkę aresztowano. Przesłuchania, proces, wyrok - 25 lat zesłania na Syberię. Wiernym nie pozwolono wejść do sali sądowej. Stali na zewnątrz. Przed odjazdem, ksiądz zdążył ich pobłogosławić. Wszyscy płakali.

Jeszcze przed rozprawą siostra Katarzyna komuś dała łapówkę, żeby wyrok był jak najmniejszy. Pan Zujewski mówił, że niepotrzebnie, bo to są wydrwigrosze, oszuści, tu nikt nie pomoże, wyroki nie zapadają w Pińsku tylko podlegają standardom zalecanym dla księży.

Następny dzień, to zwykła rzeczywistość. Józefa Kunę wezwano do NKWD. Wykrzykiwano do niego, że zorganizował nielegalne zgromadzenie. Ten się tłumaczył, że ludzie przyszli na rozprawę, a że ich nie wpuszczono na salę, to gdzie mieli się podziać. Zresztą on o tym nie wiedział, bo był w pracy. Wezwany zawiedujuszczij warsztatu to potwierdził. Sprawdzono też czy córka Wiktoria była w szkole - była.

Parafianie byli wystraszeni, ale byli zorganizowani, mieli łączność z innymi komitetami kościelnymi zorganizowanymi przez ks. Jana Wasilewskiego. Ksiądz Stanisław Ryżko wprowadził między nich Boży pokój, stali się prawdziwą wspólnotą. Podczas jego zatrzymań, nauczyli się kto co ma robić, co do kogo należy. I teraz, choć zaniepokojeni, osamotnieni - czuli się jednością, i mieli silną wolę by nie dać się złamać. Zgromadzeni w kościele klęcząc modlili się przejmującą modlitwą ...Święty Boże, Święty mocny... Ta modlitwa przed pustym ołtarzem, umilkłymi organami miała moc zaklęcia.

Gdy w katedrze nikogo nie było, pan Kuna zajmował miejsce na klęczniku przed ołtarzem, gdzie złożono trumnę biskupa Zygmunta Łozińskiego. To był ołtarz, przed którym, jak to było przyjęte, po ślubie z żoną modlił się o dobre i długie wspólne życie, inni prosili o zgodę, o dzieci i szczęście rodzinne. Teraz tu spoczywał biskup, który bardzo lubił swojego krawca. Przychodził do jego domu, rozmawiał, podsyłał klientów, pomógł załatwić kredyt na warsztat. Ale też i z każdą błahostką zwracał się do niego, nawet zszyciem rozprutej poduszki. Również siostry biskupa zaglądały do sklepu krawca. Kiedyś niespodziewanie biskup Zygmunt Łoziński wszedł do jego mieszkania. Jadwiga, żona krawca kąpała niemowlę, małą Wiktorię. Wyjęła dziecko z kąpieli uklękła i poprosiła biskupa o błogosławieństwo dla nich. Biskup pobłogosławił całej rodzinie. P. Kuna opowiadał, że przy tym ołtarzu zwierzał się ze swoich kłopotów związanych z katedrą, zwracał się do biskupa jak do osoby, która na tym się zna lepiej, bo też był w różnych tarapatach, żeby mu służył dobrą radą i pomocą. I tej pomocy doznawał. W jego i najbliższych przekonaniu to, że katedra ocalała było możliwe dzięki wstawiennictwu i opiece Sługi Bożego biskupa Łozińskiego.

Wysokie podatki nałożone wcześniej nie zostały zmniejszone. Nie było księdza to i nie było mszy, spowiedzi, ślubów, chrztów. Na babińcu jak zwykle stał tajniak i patrzył co teraz będzie. W niedzielę o umówionej godzinie w pierwszych na jasno pomalowanych ławkach (niektóre jeszcze miały mosiężne wizytówki dawnych użytkowników), po lewej stronie, sadowiła się siostra Akwina  a przy niej pozostałe siostrzyczki. Za chwilę wchodziło kilka osób, potem znowu ktoś wszedł i nie wiadomo kiedy kościół się zapełnił. Siostra Akwina mocnym, pięknym głosem intonowała pieśni, siostry jej wtórowały a z nimi cały kościół śpiewał godzinki, litanie, nieszpory. I tak co niedziela, a i w powszedni dzień zbierała się garstka ludzi, żeby się pomodlić pod przewodnictwem siostry Akwiny.

Komitet kościelny postanowił, żeby wszystkie modlitwy prowadziła tylko siostra Akwina, a w razie choroby inna zakonnica lub Pan Bronisław Terlecki (organista), po uprzedzeniu o tym prezesa. To bardzo się nie podobało władzom. Wzywali prezesa komitetu kościelnego i pytali : Jak to jest u was w kościele? W cerkwi modlitwy prowadzi pop, ksiądz też jest mężczyzną, a u was przewodniczy modlitwom kobieta. Na to prezes odpowiadał: nam księdza zabrano, a w każdym chórze musi być zapiewajło. Ta kobieta ma dobry głos, to i prowadzi śpiew i modlitwy. Urzędnik przyznał, że głos ma dobry. A naprawdę chodziło mu o to, żeby każdy mógł zacząć śpiew albo modlitwę. Wtedy łatwiej byłoby kogoś podstawić, lub jakaś starsza osoba zaczęłaby zakazany hymn, lub nieświadomie zaśpiewała zwrotkę, w której znalazł by się wyraz Polska lub ojczyzna. Wtedy zabrano by klucze od katedry pod pretekstem, że zamiast do kultu religijnego, jest wykorzystywana do popierania burżuazyjnej Polski. Póki siostra Akwina nie zaczęła nabożeństwa, wszyscy, wiedząc o co chodzi, modlili się po cichutku. W ten sposób odprawiane były nabożeństwa majowe, różańcowe, gorzkie żale. Pasterka polegała na śpiewaniu kolęd. Jako pierwszą pan Terlecki śpiewał zawsze kolędę "Wśród nocnej ciszy". Pan Melech przygotowywał opłatki. Ktoś z nimi jechał, zdaje się do Wilna, żeby poświęcić. Drogę krzyżową wokół naw kościoła prowadził zawsze pan Terlecki, a pan Józef Melech niósł krzyż. Wspomagał go też pan Świątkowski, ze względu na chorobę nie zawsze.

Katedra wyglądała pięknie, błyszczała posadzka, firaneczki na balaskach, obrusy na ołtarzach wykrochmalone na sztywno, latem pachniała kwiatami. Pan Melech codziennie rano wietrzył kościół. Gdy długo padało, bez względu na porę roku, rozpalał parę drewienek w piecu, żeby osuszyć powietrze w zakrystii i otwierał wszystkie szuflady z pięknymi wiekowymi ornatami, żeby nie zwilgotniały i nie zbutwiały. Wszystko było w należytym porządku tylko księdza nie było.

Kiedyś pokazał się staruszek ksiądz z prośbą o zarejestrowanie w tej parafii. Nazwisko jego już czas zatarł w pamięci. Pan Kuna zwrócił się w tej sprawie do stosownych władz, ale mu odmówiono. Zawiedziony ksiądz opuścił Pińsk, ale powiedział, że gdyby mógł zostać proboszczem w tej katedrze, na kolanach by wrócił z każdego miejsca. Natomiast pana Kunę po pewnym czasie wezwano z zapytaniem, gdzie jest ten ksiądz. Prezes rezolutnie odpowiedział: był, to go zgłosiłem, a nie przyjęliście go. Teraz nie wiem gdzie jest, bo nie jestem jego stróżem.

Po nabożeństwach p. Kuna stawał przy balaskach i informował o świeżo otrzymanych nakazach np. o tym, że przed dniem 1 maja należy pomalować na biało krawężniki przed kościołem, albo jest nakaz pomalowania muru okalającego katedrę. Nikogo nie wskazywał do tych prac. Któraś z zakonnic, przeważnie siostra Katarzyna, przychodziła po klucze, ktoś do niej dołączał się z kupioną za własne pieniądze farbą i trawiastymi pędzlami. Gdy wieczorem wracał z pracy do domu, już wszystko było zrobione. Sam takich prac nie robił. Tak często był wzywany i przetrzymywany nieraz na cały dzień z błahych powodów, że miał poważne kłopoty w Wojentorgie, a w domu było małe dziecko i coraz bardziej chora żona. W dodatku omal nie stracił mieszkania i wszystkiego z ocalałego dobytku. Tylko dzięki temu, że większość rzeczy kupował na kredyt, a podczas kolejnej rewizji znalazły się kwity wpłat, a przede wszystkim wpłaty sowietom za "amerykańską" maszynę do szycia, w kolejnej trzynastej rozprawie sądowej wygrał proces z Żydem w randze kapitana.

Kościół był obsadzony, lipami, dębami, kasztanowcami. Gdy przychodziła jesień, to liście trzeba było zgarniać nie tylko rano, ale i wieczorem. Zaczynał pan Melech, potem pani Zofia Kałłaur idąc do pracy. Zimy wtedy były bardzo śnieżne. I znowu śnieg zaczynał zgarniać pan Melech, potem pani Zosia, potem przychodziły siostry, pani Jadwiga Majewska. Czasem do odrzucania śniegu dołączały się zupełnie nieznajome kobiety, zakutane w szare wełniane chusty, były nierozpoznawalne dla przechodniów. Sprzątanie wokół katedry było niezwykle ważną sprawą, ponieważ znajdowała się przy głównej ulicy i dlatego kary za nieuprzątnięty śnieg na całej szerokości chodnika były tak wysokie, że zniszczyłyby parafian. Tak samo nie można sobie było pozwolić na zapłacenie podatków po terminie. Sztrafy były takie, że trzeba byłoby oddać klucze od świątyni.

Wskutek zastraszania, coraz mniej wiernych przychodziło do kościoła. Nie było też dochodów ze ślubów, chrztów. Mała córeczka p. Kuny układała zebrane kopiejki w słupki, żeby było łatwiej policzyć. Czasami jej ojciec szukał po swoich kieszeniach, może jeszcze znajdzie się jakiś rubel, żeby wystarczyło na podatek. Nieraz jak tak mężczyźni z panią Kałłaur siedzieli i myśleli co tu począć, nagle przychodził do domu pan Stefanowicz prezes komitetu kościelnego w Łohiszynie i przynosił pieniądze zebrane wśród swoich parafian, żeby ratować katedrę. Również z pieniędzmi przyjeżdżał ktoś z Telechan. Ci, którzy już nie mieli swoich kościołów i księży, wspomagali katedrę. Bywało, że gdy pan Melech miotłą zamiatał przed kościołem, ktoś mu w pośpiechu do kieszeni włożył rubla. Nieraz trzeba było pójść do ludzi, którzy nigdy nie chodzili do kościoła, ale w potrzebie pomogli.

W dni targowe wzdłuż muru okalającego ruiny kościoła jezuickiego, gromadzili się żebracy. Jeden z nich miał długą białą brodę i bielmo na oczach. Wielu było bez ręki albo nogi. Po wojnie spotykało się dużo ludzi okaleczonych. Żebracy chodzili po domach z torbą prosząc o kawałek chleba lub parę kopiejek. Mówiło się o nich "poproszony". Jeden z nich przez wiele lat zostawiał sobie tylko to co niezbędne do przeżycia, resztę oddawał prezesowi komitetu kościelnego w Pińsku na utrzymanie katedry.

Szczególnie muszę tu podkreślić pomoc tych nielicznych już katolików ze wsi. Od 1949 r. zostali kołchoźnikami. Często za tydzień pracy w kołchozie dostawali tylko wiązkę siana. A przecież mieli rodziny, dzieci. I tacy ludzie, gdy sprzedali na targu świeżo złowioną rybę, grzyby, czy jaja od kurek hodowanych przy domu, przychodzili do kościoła i zostawiali na podatek choć trochę. A jak przychodzili - w łapciach, w samodziałach i padali krzyżem przed ołtarzem, powierzając Bogu swoje sprawy.

Kiedyś zdarzył się taki cud. Wszystkie możliwości wykorzystano, domowe pieniądze też, a na podatek brakowało dużej kwoty. Trwało nabożeństwo. Pan Kuna modlił się - biskupie ratuj. Ludzie wrzucali panu Melechowi na tacę drobne kopiejki. Zmartwiony doszedł do końca kościoła. Na babińcu jak zwykle mrok, a pod filarem stoi ktoś obcy. Myśli - pewno tajniak, a co mi tam, podejdę i do niego z tacą. A ten obcy, którego twarzy nie rozpoznał, podał mu zwitek rubli i w pośpiechu wyszedł z kościoła. Po przeliczeniu, okazało się, że właśnie tyle brakowało do zapłacenia podatku.

Oprócz katedry pod opieką parafian był cmentarz i kościółek na cmentarzu. Pod nieobecność księdza z kościółka nie korzystano. Podczas pogrzebu też nie używano dzwonów, ponieważ był zakaz.

W niewielkim domku na terenie cmentarza mieszkał z rodziną grabarz pan Barszczewski. Jego zadaniem było pilnowanie cmentarza, ale to się nie sprawdzało. Pewnego dnia Pana Kunę zaalarmowano (rok 1949, wrzesień?), że rozbierają cmentarz. Pan Kuna bardzo zdenerwowany, poszedł do urzędu. Do osoby odpowiedzialnej za zdjęcie metalowych krzyży i metalowych ogrodzeń grobów wykrzykiwał, że to jest "bezobrazije". Urzędnik obiecał, że nie będą niszczyć cmentarza, a to co zdjęli z grobów może sobie zabrać ze składnicy złomu. Nie było możliwości ani zabrania, ani, przecież, ponownego umieszczenia na grobach. Pan Kuna tylko wziął za rękę pięcioletnią córkę, poszedł z nią na złomowisko, pokazał na stos krzyży, figur ukrzyżowanego Chrystusa i powiedział: patrz i zapamiętaj na całe życie. W następnych latach cmentarz był okradany i niszczony przez tutejszych pijaczków i łobuzów nigdy z urzędu. Szkody były zgłaszane na milicję, ale sprawców nie znaleziono. Jesienią parafianie mieszkający w pobliżu, zgarniali liście ze ścieżek, a na Wszystkich Świętych zapalano na grobach świeczki, nieraz wstawiane w śnieg, bo zima wtedy przychodziła wcześnie.

Po nabożeństwie, szczególnie po majowym, gdy było cieplutko, przed świątynią, naprzeciw figury zatrzymywały się grupki parafian. Opowiadali sobie o tym co nowego się wydarzyło, jak sobie radzą i jak dopisuje zdrowie. To byli bardzo barwni ludzie, szczególnie na tle ogólnej szarości. Żeby wyglądać odświętniej, panie ubierały przedwojenne kapelusiki, już trochę wyleniałe sukienki i wielokrotnie naprawiane pantofelki, zimą na palta prawdziwe lisy z ogonem i z prawdziwymi szklanymi oczkami i mordką. Nazwiska tych osób czas wywiał z pamięci. Może ktoś jeszcze pamięta pana Galickiego i jego żonę. Miała zawsze piękną blond fryzurę i cieniutkie brwi. Śliczne siostry Ania i Irena Łukaszewicz i ich koleżanka Westyna, Izabela, pani Puchalska, Szołomicka, mała czarnulka Danusia Popik, pan Wink, Zagórski, Świątkowski - ich nie mogło tu zabraknąć. Do nich podchodziła siostra Katarzyna, żeby zawiadomić o tym, że szykuje paczkę dla księdza Stanisława Ryżki. Jedni dawali jej na ten cel pieniądze, inni umawiali się na dostarczenie prowiantu. Niektórzy samodzielnie wysyłali paczkę.

Sama paczka była kosztem nawet bez zawartości. Na targu kupowało się skrzynkę z dykty. Na wymiar skrzynki trzeba było uszyć płócienny pokrowiec. Wszystkie prowianty osobno przynosiło się na pocztę, stawało się na ogół w długiej kolejce do okienka. Trzeba było wypełnić odpowiedni kwit, na którym wymieniało się zawartość paczki, adresata i nadawcę. Pani za pocztową ladą ważyła wszystko, zapisywała i pobierała opłatę. Opłata nie była mała, bo paczka szła daleko i ważyła kilka kilogramów. Następnie z tym kwitem, paczką, workiem i prowiantami podchodziło się do stolika na sali. Tam obsługiwał mężczyzna, prosto ubrany, bez nogi. Twarz miał niezwykle skupioną, nie wdawał się w żadne rozmowy, z surową miną brał kolejną skrzynkę, wkładał do niej zawartość, zabijał małymi gwoździkami, nacinał równolegle w kilku miejscach skrzynkę na kantach, żeby nie ślizgał się sznurek, którym dokładnie obwiązywał. Następnie "chemicznym" ołówkiem pięknie kaligrafował oba adresy, wkładał paczkę do worka, zaszywał i znowu kaligrafował adresy na płótnie. Przeważnie każdy klient za tę pracę po cichu dawał mu jakiś napiwek. Teraz znowu kolejka do okienka, ważenie całości, pokwitowanie. Czy paczka dojdzie czy nie, zależało tylko od ludzkiej uczciwości. Tak postępowano z paczkami do łagrów. Natomiast do zwykłych paczek nikt nie zaglądał, samemu się pakowało, adresowało i przesyłki były zawsze dostarczane adresatowi. Ciekawy też był los listów do łagrów. Pan Kuna pisał listy po polsku i chyba żaden nie doszedł. Natomiast, gdy jego córka dorosła do szkoły i dziecięcymi kulfonami, cyrylicą, pisała listy do swojego kochanego księdza, to prawie zawsze otrzymywała odpowiedź.

Nie było żadnych kontaktów z bliskimi w Polsce. Zakładano w mieszkaniach radia "toczki". Słuchano komunikatów, muzyki przeważnie operowej albo pieśni "bohaterskich" z czasów ostatniej wojny.

Pod koniec lat czterdziestych kończyły się kartki na żywność. Teraz stały ogromne kolejki przed sklepami, a gdy przywieźli chleb robił się prawdziwy tumult. Często takich kolejek pilnował milicjant lub ktoś inny bardziej krewki, żeby tłum nie przewrócił lady. Tak samo było przy dostawie mąki lub cukru. Były dostępne w sprzedaży cukierki poduszeczki nadziewane marmoladą, marmolada w ogromnych bryłach, solone śledzie w beczce, konserwy rybne, drobne szprotki wędzone albo marynowane, kawior. Czasem była chałwa. Stopniowo artykułów spożywczych przybywało. Były czekolady, alkohole, na rogu ul. Lenina i Komsomolskiej (dawniej Kościuszki i Listowskiego) była budka z piwem kuflowym. Podwał stopniowo zmieniał się warzywniak, w którym stała beczka z kapustą, kiszonymi ogórkami, zielonymi pomidorami a nieraz i beczka z kurkami. Handel, chociaż państwowy, znowu był w rękach głównie żydowskich. Ponieważ na tym się znali, potrafili w ciężkich powojennych warunkach zaopatrzyć tak sklepy, a głównie pozastawiać tak półki, że nowi mieszkańcy Pińska, którzy przybywali nawet z dalekiej Rosji czuli się tu jak w lepszym świecie. Dawni mieszkańcy i przybysze z okolicznych wiosek godzili się z tym co jest, byleby nie było wojny.

Targ dalej funkcjonował, ale z roku na rok ubożał. Najpierw znikły lizaki, potem beczki a i garnków glinianych było coraz mniej. Wyroby rzemieślnicze, przetwórcze albo zmniejszały asortyment, albo znikały. Był to skutek kolektywizacji i wysokich podatków nakładanych na ludzi trudniących się rękodziełem lub rzemiosłem, co w warunkach poleskich nie stanowiło wielkiej różnicy.

Zarobki przeciętnego pinczanina były niskie. Największe dochody miały rodziny wojskowych, urzędnicy, służby milicyjne itp. Robotnicze zarobki nawet dwóch osób ledwie wystarczały od "połuczki" do "połuczki" na utrzymanie czteroosobowej rodziny. Napływowi szybko uczyli się od miejscowych mieszkańców jak radzić sobie z biedą. Każdy ogródek, skrawek ziemi między domami, był obsadzony warzywami, gdzie można było stała szopka-chlewik ze świnką, po podwórkach biegały kury, trzymano króliki, kozy. Ci, którzy mieszkali blisko Piny, trzymali nawet krowy. Gdy spłynęła woda z wiosennych roztopów, za rzeką odsłaniały się łąki z soczystą trawą. Opłacano wspólnie pastucha, który pilnował nawet kilkadziesiąt pińskich krów. Hodowanie krowy było opodatkowane. W ramach podatku zapewniano opiekę weterynaryjną. Każdy posiadacz krowy miał obowiązek dostarczyć jako podatek określoną ilość mleka do mleczarni. Ilość mleka zależała od zawartości tłuszczu, którą za każdym razem mierzono. Opłacało się mieć krowę tylko dającą dużo tłustego mleka. Wtedy za nadwyżkę tłuszczu, można było otrzymać maślankę, a nawet okazyjnie za darmo wiadro serwatki, która była wykorzystywana do wykarmiania młodych warchlaczków. Nadmiar mleka też był skupywany przez mleczarnię, wybudowaną tuż przed wojną. W tamtych czasach nie było lodówek. Dlatego zimą gromadzono na placu mleczarni bryły lodu z rzeki, przekładając je sianem i trocinami. W mleczarni też wypiekano wafle i cały rok były w sprzedaży (zimą w kinie) pyszne śmietankowe lody.

Gdy około końca maja bardziej podsychały bagna, za rzeką kopano grządki rozdzielone głębokimi bruzdami i sadzono kapustę, brukiew, buraki i inne warzywa. Pracownikom wydzierżawiano co roku w innym miejscu za miastem, po drugiej stronie torów kolejowych kilka arów ziemi, która była obsadzana przeważnie ziemniakami.

Nie było już przedwojennego problemu posyłania wiejskich dzieci do szkoły. Już nikt nie traktował szkoły, jako instytucji, która odrywa dzieci od ich obowiązków w gospodarstwie, ponieważ gospodarstwa nie było. Był tylko kołchoz. Szybko zorientowano się, że dzieci muszą się uczyć, żeby nie pozostały na wsi jako zwykli kołchoźnicy. Szkoły były przeważnie rosyjskie, ale od trzeciej klasy szkoły podstawowej były obowiązkowe lekcje języka białoruskiego. W Pińsku do połowy lat pięćdziesiątych była również szkoła białoruska. Dla poleskiego dziecka ten język był pewną niespodzianką, ponieważ różnił się od języka używanego w domu i wśród sąsiadów. Tu na Polesiu nikt tak nie mówił. Językiem urzędowym był język rosyjski. Nowi mieszkańcy Pińska, szczególnie ci, którzy pochodzili z Leningradu, posługiwali się pięknym rosyjskim słownictwem i okazywali pewną pogardę dla ludzi kaleczących ten język. Poleszuk w łapciach i swojej samodziałowej kapocie, pracujący prawie bez wynagrodzenia w kołchozie, mówiący tutejszym językiem, jeśli miał jakieś wykształcenie, to nabył je jeszcze w polskiej szkole, a więc nie znał cyrylicy i dlatego praktycznie był niepiśmienny. Z tego też powodu nie było rzadkością składanie podpisu krzyżykiem przez osoby nie będące analfabetami. Podczas wojny przez prawie pięć lat nie było nauki na wsi, bo już we wrześniu 1939 r. pozbyto się nauczycieli. Jedynie w mieście możliwe było nauczanie, jeśli nie oficjalne to tajne.

Po wojnie młodzi osiedlali się w Pińsku, uczęszczali do szkół, uczyli się zawodu. Przy szkołach zawodowych były internaty. Nauczyciele, nawet w szkole podstawowej (siedmiolatce), w większości mieli wyższe wykształcenie. Bardzo dbano o naukę przedmiotów ścisłych. Początkowo od trzeciej klasy szkoły podstawowej, a od połowy lat pięćdziesiątych od piątej klasy, był obowiązkowy język zachodni niemiecki, angielski lub francuski. Nauczyciele wykazywali się wielką starannością w nauczaniu. Rok szkolny był podzielony na 4 okresy. Przynajmniej raz w okresie każdy nauczyciel w każdej klasie był wizytowany przez dyrektora szkoły lub inne władze. Nie istniała instytucja korepetycji. Jeżeli podczas lekcji uczeń nie zrozumiał, albo w domu nie odrobił zadania, to zostawał po lekcjach z nauczycielem, aż wszystko było wyuczone. Szczególny nacisk był robiony na język rosyjski. Po lekcjach zostawało nawet po kilkoro dzieci z jednej klasy. Pisały dyktanda, odrabiały ćwiczenia, aż się nauczyły. I uczeń i nauczyciel traktowali to jak karę, dlatego same lekcje były prowadzone metodycznie i merytorycznie bez zarzutu. Zdolniejsi uczniowie w ramach czynów pionierskich mieli obowiązek pomagania w nauce słabszym kolegom.

Wielu młodych ludzi, którzy chcieli uniknąć służby w wojsku, lub zwyczajnie zacząć inne życie ulegało propagandowym zachętom - "pachać celinu". Były to zorganizowane masowe wyjazdy młodzieży daleko na wschód, do Kazachstanu, nawet za Bajkał pod hasłem zaorania nieużytków, ziemi leżącej odłogiem. Różne były ich losy. Niewątpliwie - zwolnili miejsce dla nowej napływowej ludności.

Młodzież, dzieci podlegali programowej ateizacji. Dziecko już w pierwszej klasie stawało się "oktiabrionkiem" czyli dzieckiem rewolucji październikowej. W schemacie działalności ateistycznej łatwo dało się zauważyć naśladowanie wychowania katolickiego młodzieży, tylko w zupełnie innym kierunku. Człowiek potrzebuje Boga - to mu dawano wprawdzie bożka, ale formację zachowano.

W drugiej klasie wszystkie dzieci odpowiednio przygotowywane, uroczyście, pod przysięgą były przyjmowane w poczet pionierów - "zamiennik" pierwszej komunii. W każdej nawet najciaśniejszej szkole był wydzielony kącik na wzór ołtarzyka, w którym wisiał portret przynajmniej jednego wodza rewolucji, czerwony sztandar, trąbka. W wieku bierzmowania tj. po skończeniu szkoły siedmiolatki, pionier awansował na komsomolca. Dorosły - jak sobie zasłużył, lub zgodnie z piastowanym stanowiskiem (nie każde stanowisko było dla bezpartyjnego) - był przyjmowany do Komunistycznej Partii ZSRR. Już maluchom w pierwszej klasie, a potem pionierom, tłumaczono, że pionier nie chodzi ani do cerkwi ani do kościoła, ponieważ złożył przysięgę służenia Ojczyźnie tj. ZSRR - a Boga nie ma. Ojczyzna go kształci, wychowuje i wymaga. Nie znam żadnego przypadku w Pińsku, żeby kogoś wypisano z pionierów z powodu uczęszczania do świątyni. Jest prawdą, że z tego powodu dokuczano, nie było szans na wakacyjny wyjazd na pionierski obóz itp. Młodzież i dzieci, jeśli chodziły do cerkwi czy do kościoła, starały się to robić tak, żeby być niezauważonymi i bez dorosłych, żeby i oni nie mieli przykrości.

Dawny pałac Butrymowiczów, Skirmunttów, zapełnił się pionierami. W dużej sali na parterze ćwiczono pieśni, tańce, śpiewały chóry. Ćwiczono też wejścia do sali teatralnej, oklaski i okrzyki na komendę, którymi pionierzy uświetniali święto rewolucji albo zjazd tutejszych członków partii. Od strony ulicy było kino "Pionier". Dwie ulice dalej - kino "Rodina". W kinie "Pionier" jeszcze w pierwszych latach pięćdziesiątych były wyświetlane amerykańskie filmy przygodowe. Być może pochodziły z tzw. wojennych zrzutów. Przeważnie były to filmy o piratach, z akcją gdzieś tam na żaglowcach na ciepłych morzach - nieraz brutalne. Dzieciaki bardzo je przeżywały. Wychowane w atmosferze niedawno zakończonej wojny, bohaterów filmu po swojemu dzieliły na "Niemców" i "naszych". Gdy okrutni piraci zbliżali się do faworytów dzieci, to uprzedzały ich okrzykami - Niemcy, Niemcy! Natomiast, gdy z odsieczą wkraczała regularna armia hiszpańska - cała sala krzyczała nasi, nasi!

W Pińsku powstawała zupełnie nowa społeczność. Na jednym podwórku bawiły się dzieci żydowskie, rosyjskie, tutejsze. Mieli za sąsiadów Polaków, trafiał się nawet Tatar. Dzieci z różnych stron razem zgodnie bawiły się w... wojnę. A potem biegły do polskiego domu po chleb ze smalcem i cebulką. Sąsiadka Żydówka częstowała rybnymi klopsikami. Dawna mieszkanka dalekiej Komi zapraszała dzieciarnię na gałuszki z konfiturami z wiśni, rosnącej przed domem. Wszystko razem mieszało się jak w jednym kotle. Polacy przed świętami gościli sąsiadkę świeżo uwędzoną kiełbasą. Inni sąsiedzi prawosławni przynosili wigilijną sałatkę "winigriet". Żydowska pascha oznaczała, że wszystkie dzieci na podwórku będą jeść macę.

W szkole przyzwyczaili się, że wśród nich jest polskie dziecko i przestali je przezywać. Nauczyciele nawet je wyróżniali. Na lekcjach języka białoruskiego czytano starannie wyselekcjonowane czytanki o polskich ziemianach, okrucieństwie polskich panów, o powszechnej biedzie. W tekście były cytowane polskie zwroty napisane łacińskimi literami. Nauczycielka polecała polskiej dziewczynce przeczytać taki tekst i przetłumaczyć. Dziecko czytało, tłumaczyło. Nauczycielka dziękowała, a klasa podziwiała, ponieważ oni znali tylko cyrylicę. Dopiero od piątej klasy będą poznawać łacińskie litery. Treścią czytanki nikt specjalnie się nie przejmował, jednak z całą pewnością w świadomości dzieciaków pozostawała niechęć do Polaków. Zaletą lekcji języka białoruskiego było poznanie pięknej poezji Janka Kupały a szczególnie Jakuba Kołasa - piewcy i wielkiego miłośnika Polesia. Nauczycielka wykazywała się niezwykłą wrażliwością zadając na pamięć fragmenty opisów poleskiej puszczy, Prypeci. Zaszczepiała im miłość do kraju, w którym wyrastali. Przyroda opisywana przez Jakuba Kołasa w "U paleskaj hłuszy" po 1944 r. niestety nie została uszanowana. Wzdłuż dróg, kolei, kanałów i rzek wycięto lasy na szerokości od 1 do 5 km w obawie przed partyzantką antysowiecką. Tratwy pozyskanego drewna tak zablokowały lustra rzek, że ryby ginęły masowo. Rzeki szybko się zregenerowały, jednak nowych lasów nikt nie sadził, wręcz przeciwnie - poleskie puszcze wciąż wycinano np. na stemple do kopalni w Donbasie.

Naszego krawca zaakceptowali i Rosjanie i Żydzi, i nawet zupełnie obcy mówili do niego - pan Kuna. W Wojentorgie z czasem dostawał dyplomy uznania, chociaż wciąż był zatrudniony jako szwacz z najniższym uposażeniem. Jego córka Wiktoria studiowała w Grodnie, mając w tym środowisku wielu Polaków. Wszystkie święta kościelne spędzała w Grodnie. Szczególnie wspominała pasterkę w kościele, gdzie tę samą kolędę obok siebie śpiewała Litwinka po litewsku i Polka po polsku, nawzajem się przekrzykując.

W marcu 1953 r. umiera Stalin. Ogłoszono żałobę narodową. Dzieciom w szkole przypięto maleńkie materiałowe czerwone z czarną obwódką różyczki. Dorosłym zastygły twarze w niepewności - co teraz będzie.

W Moskwie zaczęła się bezpardonowa walka o władzę. Premier Gieorgij Malenkow, wicepremier Ławrentij Bieria (minister spraw wewnętrznych), Wiaczeslaw Mołotow (minister spraw zagranicznych) - ta trójka członków prezydium KC KPZR przejęła władzę po Stalinie. W marcu 1953 r. do sekretariatu KC KPZR wszedł Nikita Chruszczow. W akcji przygotowanej przez Chruszczowa w czerwcu 1953 r. został aresztowany i prawdopodobnie już w lipcu (niektóre źródła podają, że w grudniu 1953 r.) został rozstrzelany Ławrentij Beria jako zdrajca i "agent imperializmu". We wrześniu 1953 r. Nikita Chruszczow został wybrany I sekretarzem KC KPZR. Na plenum KC w styczniu 1955 r. zaatakował Malenkowa i ten utracił stanowisko premiera na rzecz Nikołaja Bułganina. W czerwcu 1957 r. Malenkow i Mołotow zdołali usunąć Chruszczowa ze stanowiska I sekretarza KC, lecz ten się odwołał i utrzymał swoje stanowisko, a jego przeciwnicy stracili swoje dotychczas pełnione funkcje. Od marca 1958 Nikita Chruszczow jest również i premierem.

Te wszystkie wydarzenia miały wielki wpływ na mieszkańców Pińska i Polesia. Przede wszystkim stwarzały atmosferę niepokoju i braku stabilizacji. Już 27 marca 1953 r. ogłoszono amnestię dla więźniów z wyrokiem do 5 lat. Objęła ona głównie złodziei, bandytów. Po wypuszczeniu ich z więzienia zrobiło się niebezpiecznie na ulicach Pińska. Zaczęły się rozboje, napady i szybko amnestowani znowu wrócili do swoich cel, a w mieście się uspokoiło. Wyższe wyroki skrócono o połowę, a w 1955 r. amnestia objęła więźniów politycznych. Wracają skazańcy z syberyjskich łagrów w tym i dawni znajomi pana Kuny. Nocują w jego mieszkaniu. Krawiec dla nich przerabia ubrania swoje i znajomych. Żona Grzesia Huka organizuje ze szpitala połataną bieliznę. Cała łagrowa odzież idzie do pieca. Po kąpieli w łaźni, przebierają się i jadą dalej. Wśród powracających byli też księża. Niektórzy jechali do swoich dawnych parafii, a w Pińsku w katedrze zatrzymywali się, żeby potajemnie odprawić mszę i pomodlić się przy ołtarzu z trumną biskupa Łozińskiego. Parafianom odmawiano zarejestrowania księdza.

Rozluźniają się w tym czasie nieco wzajemne relacje społeczne. Naszego krawca stać już na taki żart wobec towarzysza z Wojentorgu. Podczas pochodu z okazji rocznicy rewolucji październikowej aktywista próbuje dać mu do niesienia portret jakiegoś przywódcy. Krawiec odmawia mówiąc: od ciebie już nie wezmę żadnego portretu, ponieważ w maju dawałeś mi portret Berii, a po miesiącu okazało się, że to zdrajca.

Pochody nadal odbywały się w rynku (plac Lenina) na dawnym placu 3 Maja. Plac znowu wyglądał inaczej. Latem 1953 r. mieszkańcom rynku i okolic nakazano zakleić papierowymi paskami na ukos wszystkie okna. Zamknięto dostęp do rynku, podłożono ładunki wybuchowe pod wypalony kościół jezuicki. Po kilku detonacjach z kościoła została tylko ściana czołowa prezbiterium. Ostatecznie wyburzono ją na drugi rok. Reszta ścian opadła prawie w całości, nie rozbijając się i tworzyła przygnębiający widok. We wszystkich oknach w rynku wyleciały szyby, a w budynku poklasztornym nawet okna z futrynami. W domu krawca szyby ocalały, ale pękła ściana nad oknem w kuchni. Ściany kościoła w niektórych miejscach miały kilkumetrową grubość. Po nich jeździły maszyny na gąsienicach, żeby rozkruszyć mur. Marynarze pracowali kilofami i młotami. Podobno, któryś zginął, gdy zawaliła się bryła burzonej ściany. Prace zrównania z ziemią świątyni w sumie trwały kilka lat. W 1957 roku na miejscu świątyni było boisko do siatkówki dla marynarzy. Współcześni białoruscy historycy porównują poniesioną stratę przez zniszczenie tej wspanialej budowli do zniszczenia w Moskwie w 1931 r. Cerkwi Chrystusa Zbawiciela, którą jednak na nowo wzniesiono w 2000 r.

Soboru Teodora Tirona też już nie było. Po wojnie wypaloną świątynię wierni prawosławni postanowili odbudować. Już był dach, nad nim górowała cebulasta wieża, aż pewnego dnia nad ranem zawaliła się do środka. Krążyła plotka, że katastrofę budowlaną spowodowało podlanie fundamentów wieżyczki kwasem. Nie było możliwości ponownej odbudowy. Świątynię przerobiono na salę widowiskową. I tak oto dawny kościół Dominikanów, od zaborów sobór prawosławny, stał się kinem "Drużba" co oznacza przyjaźń.

Trwała ateistyczna edukacja społeczeństwa nawet w zakładzie krawieckim. Kiedyś krawiec Żyd, o wyjątkowej urodzie chudzielca, z długą szyją, dużymi uszami odstającymi od drobnej twarzy ozdobionej długim haczykowatym nosem, wygłosił tyradę o pochodzeniu człowieka. W odpowiedzi na nią nasz krawiec wziął pod rękę mówcę, podprowadził go do dużego krawieckiego lustra i rzekł: jak tak na ciebie patrzę, to wierzę ci, że pochodzisz od małpy - mnie, jednak, stworzył Bóg. Wszyscy oprócz krawca i mówcy się śmiali. Mogli sobie na to pozwolić - Stalin już nie żył. Młodsza córka krawca widziała przez okno mieszkania Żydówki Małki modlących się Żydów w pasiastych chałatach. Sąsiedzi Teslerowie też byli pobożnymi Żydami. Nie każdy piński Żyd był ateistą, a też nie każdy wtedy miał odwagę tym się pochwalić.

W 1954 r. do Pińska przybywa ks. Kazimierz Świątek i chce być zarejestrowany przy Katedrze Pińskiej. Nikt z parafian nie pamiętał go z czasów seminaryjnych ani późniejszych. W tym czasie władze sowieckie "fabrykowały" tzw. fałszywych księży. Szkolono agentów. Następnie wysyłano do parafii, gdzie czekano na księży powracających z zesłania. Taki agent od środka rozsadzał parafię, a gdy już nie było wiernych, kościół zamykano. Dlatego ktoś z pińskiej parafii (nie był to członek Komitetu Kościelnego) pojechał do Prużan, by potwierdzić jego tożsamość. Rozwaga parafian nie pozwalała bez sprawdzenia dać klucze od pięknej świątyni, w pełni wyposażonej każdemu, kto powie, że jest księdzem. Po potwierdzeniu tożsamości ks. Świątka, rozpoczęto starania o jego zarejestrowanie. Ksiądz zamieszkał u państwa Szymańskich w drewnianym domku przy ul. Szewczenki 12. Większość spraw związanych z rejestracją księdza załatwiał on sam osobiście. Ku radości parafian ksiądz otrzymał zezwolenie i został proboszczem w pińskiej Katedrze. Po prawie sześciu latach znowu mieli księdza. Prezes Komitetu Kościelnego Józef Kuna wręczył księdzu Kazimierzowi Świątkowi klucze od Katedry. Jednak dla wygody klucze nadal były w domu prezesa, ponieważ mieszkał blisko Katedry i osoby, które sprzątały czy wykonywały inne prace w świątyni mogły zawsze po nie przyjść czy odnieść na miejsce. W ten sposób dom krawca nadal był portiernią świątyni. Klucze były jak i przedtem przechowywane w kuchennej szufladzie między tłuczkami i wałkami do ciasta.

Wieść o tym, że w Pińsku jest ksiądz rozeszła się błyskawicznie. I znowu ze wszystkich stron zaczęli ludzie przyjeżdżać by przyjąć chrzest, pierwszą komunię, wziąć ślub. 4 lipca 1955 r. odbyła się uroczysta pierwsza komunia dla siedemnaściorga dzieci. Z samego Pińska było czworo dzieci.

Parafian stać już było na wyznaczenie pensji dla księdza. Pod koniec czerwca była pobielona zakrystia i szykowano pieniądze i materiały na dalsze naprawy i remonty. Ok. 1957 r. uzyskano, staraniem księdza, od stosownych władz uznanie Katedry Pińskiej za zabytek architektury. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdyż zapobiegało to celowej dewastacji czy zniszczeniu jej. O autentycznej ochronie zabytku wtedy nie mogło być mowy.

Nowy ksiądz bardzo różnił się od poprzednich dwóch proboszczów. Energiczny, błyskotliwy, mówili o nim - dobry gospodarz. Jednak sposobem bycia szybko wpadł w konflikt z Komitetem Kościelnym. Prezes Komitetu Józef Kuna postanowił ulec presji rodziny, głównie z powodu choroby żony, i opuścić Pińsk. Dzięki współpracy z Żydem Dawidem Binderem, miał już bardzo dobrze płatną pracę krojczego. Jednak w maju 1958 r. z rodziną wyjeżdża do Polski. Ci, którzy pozostali nie mieli już wpływu na kościelne sprawy i w starości odeszli w zapomnienie. Zastąpił ich pan Kalinowski z Prużan. Tylko ksiądz Stanisław Ryżko, w miłych listach do Józefa Kuny, pisał o tym kogo odwiedził w Pińsku, jak się miewają siostry zakonne i jak to jest teraz być księdzem na Polesiu.

Wydarzenia z 1956 r. w czerwcu w Polsce i w październiku na Węgrzech miały swoje odbicie w pińskiej prasie bez szczegółowych komentarzy. Natomiast wielkim wydarzeniem był przyjazd Yves Montanda do Moskwy w czasie, gdy z powodu powyższych wydarzeń artyści bojkotowali ZSRR. Wizyta w Moskwie i rozmowa z Nikitą Chruszczowem zdaje się osłabiła komunistyczne ciągoty artysty, ale wśród ludzi ZSRR wzbudzała niezwykły entuzjazm. Kto miał radio słuchał jego piosenek, a potem nawet powstała pieśń na jego cześć śpiewana przez wszystkich. Była w niej jakaś tęsknota za innym światem, za Paryżem, uśmiechem. W wolnym tłumaczeniu fragmenty: Gdy śpiewa daleki przyjaciel, robi się wokół cieplej i radośniej ...  i dźwięki Paryża, uśmiech Paryża zajrzały w moje okna. I jeszcze trochę o paryskich kasztanach... A to wszystko śpiewane przez zwykłego ruskiego człowieka może nawet w walonkach. Od tego czasu awangardowi młodzi chłopcy zaczynają chodzić w butach na grubej podeszwie (słoninie), nosić wąskie spodnie i wypomadowaną fryzurę na mandolinę. Taka młodzież była napiętnowana. W Pińsku przy głównej ulicy były wywieszone karykatury młodzieńców nazywanych "stilaga". Ale już nie dało się młodych zatrzymać. W międzyczasie na zaproszenie od krewnych w odwiedziny przyjeżdżają do Pińska Polacy. Przywożą ze sobą na handel kupony ładnych materiałów, kolorowe koszule, ładną jedwabną bieliznę, nawet gazety "Przyjaciółkę", potem "Filipinkę" z gotowymi wykrojami, nowymi fasonami. Festiwal młodzieży w Moskwie w 1957 r. - to okazja, choć na peronie dworca w Brześciu zobaczyć, jak wyglądają młodzi z całego świata. Coraz szerszy dostęp do lampowych radioodbiorników powoduje, że słuchane jest polskie radio. Szczególnie pierwszy program warszawski miał lepszą jakość odbioru niż program nadawany z Mińska. Rano mieszkańcy Pińska szykując się do pracy przeważnie słuchali skocznej muzyki z Warszawy. Szybko przyzwyczajali się do stałych audycji. Nie znając języka polskiego, przy zmianie czasu na zimowy, gremialnie spóźniali się o godzinę. Nucili polskie przeboje. I nawet z okien klubu oficerskiego słychać było śpiewaną w języku polskim piosenkę "Cicha woda brzegi rwie...", dokładnie tak, jak teraz są śpiewane przeboje w j. angielskim, bez rozumienia treści.

Wskutek wynegocjowanej w Moskwie umowy z dnia 25 marca 1957 r. do 1959 r. ZSRR opuściło ok. 248 tys. byłych obywateli polskich sprzed 17 września 1939 r. razem z ich rodzinami. Wtedy też z tak zwanej repatriacji skorzystało wiele rodzin z Pińska. Ci, którzy zostali, musieli pogodzić się z tym, że już na zawsze są obywatelami ZSRR i dostosować się do życia na teraz radzieckim Polesiu.

Samo Polesie przez najbliższe trzydzieści lat podlegało wielkim przemianom. Z całego ZSRR zjeżdżali się do Pińska melioranci osuszać poleskie błota. Na Białorusi wtedy osuszono 3,4 mln hektarów błot. Wymagało to wielkich nakładów finansowych, organizacyjnych itp. Działania te stymulowały rozwój Pińska, dawały ludziom pracę i zarobek. Powstawały jednocześnie nowe fabryki, duża mleczarnia, piekarnia itp. Stopniowo wyludniały się wsie. Natomiast miasto przyjmowało coraz więcej nowych mieszkańców. Od 1959 r. ( 41 tys. mieszkańców) po trzydziestu latach Pińsk odnotowuje trzykrotny wzrost zaludnienia. Rozrastają się nowe osiedla, miasto zostało skanalizowane. Nowi ludzie bez żadnych sentymentów powyburzali stare, ozdobione ażurowymi metalowymi balkonikami kamieniczki w rynku. Zmienili jego kształt i wystawili potężny pomnik Włodzimierza Ilicza Lenina. Nie mając żadnych przywiązań, lekką ręką niszczyli wszystko, co przeszkadzało w rozbudowie miasta. Teren przedwojennej mleczarni i cały kwartał aż do rynku zajęła betonowa zabudowa. Nie uszanowano poleskiego wynalazku Władysława Trylińskiego - trylinki. Domy przy głównej ulicy pozostawiono swojemu losowi. Mając do dyspozycji zastępy meliorantów i sprzęt, przewidując rozrastanie się miasta, nie zbudowali nowej przeprawy przez Pinę, omijającej Pinsk. Jedyną drogą na południe w stronę Stolina pozostał dawny trakt prowadzący przez centrum i rynek tj. pl. Lenina. Tylko most zamieniono w latach siedemdziesiątych na nieco wyższy betonowy, podobno z powodu wizyty radzieckiego admirała na okręcie niemieszczącym się pod przedwojennym mostem. Nowy hotel "Pripiać" wciąż gościł meliorantów, a dawna duma mieszkańców Pińska, pałac Butrymowiczów, murszał z powodu uszkodzenia drenażu podczas budowy tego hotelu. Wilgoć na dawnych budynkach pofranciszkańskich, na dawnym kolegium jezuickim sięgała aż po dach. Wyglądało to prawie tak, jak na zdjęciach z 1920 roku zrobionych po zaborze rosyjskim. Jedynie pińska katedra odrestaurowana w latach 1981-1986 górowała nad zapuszczona starówką. W środku błyszczała złoceniami, rozbrzmiewała organami. Dzwony na przykościelnej dzwonnicy, które zamilkły w 1944 r. a dzięki zapobiegliwości parafianina Zygmunta Gorocha przetrwały - teraz znowu w 1989 r. po 45 latach na odrestaurowanej dzwonnicy obwieściły wszystkim święto. Ludzie mieszkający w pobliżu katedry wybiegli na ulicę i po raz pierwszy w zdumieniu wsłuchiwali się w nowe dla nich odgłosy dzwonów.