Wojna

Życie na Polesiu wbrew pozorom nie toczyło się wolno i niemrawo. Nawet na wsi nie wszystko było takie sielskie. Każda akcja polskiego państwa w kierunku postępu czy  reform tego najbardziej zaniedbanego porozbiorowego kraju napotykała na opór.

Wydawałoby się, że prace prowadzone w kierunku scalenia gruntów, melioracji nieużytków, zwiększania areału małorolnym i osadzania ich na chutorach, powinny być przyjmowane z entuzjazmem. Jednak komuniści siali  propagandę wśród łatwowiernego poleskiego ludu, że Polacy chcą ich rozdzielić, rozesłać po chutorach, by wspólnie już nie mogli tworzyć rewolucji.

Rodziny, które po scaleniu zaczęły gospodarować na własnych chutorach, stosować nawozy sztuczne na słabych poleskich glebach, uprawiać nie tylko żytko ale i pszenicę, zakładać sady, rozszerzać ogrodnictwo i hodowlę, stawały się zamożniejsze i stać już je było na posyłanie dzieci do dalszych szkół, niż obowiązkowa szkoła czteroklasowa. Nawet przedszkolne dzieci korzystały z  tzw. ochronek, gdzie pod opieką wykwalifikowanych osób (często zakonnic) bawiły się, uczyły się wierszyków i piosenek, podczas gdy ich rodzice pracowali.

Należy zaznaczyć, że takie " towarowe" gospodarstwa były bardziej pracochłonne, wymagały dużej staranności, ale też i dbałości m. innymi o zbyt, transport. Nie każdy Poleszuk miał takie predyspozycje.

Dało się zauważyć, że im lepiej włościanom się powodziło, tym mniejszą mieli ochotę na jakiekolwiek  komunistyczne rewolucje. Dlatego członkowie Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, pod wpływem sowieckich agentów, jak tylko mogli siali zamęt w głowach prostych Poleszuków, by ich status życiowy nie poprawiał się, natomiast pogłębiała się przepaść między mużykiem i panem. Namawiali np. do niepłacenia podatków, do nieodrabiania nakazanych szarwarków (najczęściej to było kopanie rowów melioracyjnych wokół ich własnych pól i łąk) itp. I, niestety, często byli w tej propagandzie skuteczni.

Mniej skuteczni byli natomiast, gdy chodziło o naukę dzieci. Poleszuk nie chciał posyłać dziecka do szkoły. Na co mu ta nauka, przecież nie do chodzenia za pługiem - mawiał. W polskim systemie szkolnictwa rok szkolny był dłuższy i lekcji było więcej niż za carskich czasów. Dziecko było na dłużej odrywane od prac, które zawsze do niego należały, np. wypas bydła, pomoc przy zbiórce siana, opieka nad młodszym rodzeństwem itp. Natomiast nauczyciele, zobowiązani do przestrzegania 90% obecności dzieci w szkole, zgłaszali władzom absencję uczniów. Rodzice byli karani wysoką grzywną. To robiło wrażenie i pod przymusem przez cztery lata dzieciaki uczyły się.

Niezadowolenie było jednak wielkie i stale podsycane. Ci niezadowoleni, nie mający własnych ambicji, narodowego patriotyzmu, godności, czekali aż ktoś ich wybawi z jarzma kopania rowów wokół łąki pod groźbą kary, z ograniczania swobody poprzez rygorystyczny przymus posyłania dzieci do szkoły. Czekali, że ktoś ich uwolni od kar za wyrąb drzew w cudzym lesie, za wnyki na zwierzynę, za drobne kradzieże. Czekali uwolnienia z poczucia mniejszości przed wykształconymi, bogatymi, lub tylko zawsze sytymi, lepiej ubranymi, a może tylko w okularach - określanymi dla ułatwienia - panami, konkretniej - polskimi panami. Komuniści podpowiadali, że wolność będą mieli po przyłączeniu Polesia do ZSRR, gdzie wszyscy są równi i to już niedługo.

Początek wojny na Pińszczyźnie, to nalot niemieckich samolotów na Pińsk 9 września 1939 r. Już za parę dni z Warszawy i z innych terenów objętych wojną z Niemcami nadciągają uchodźcy - pociągami, samochodami, furmankami, rowerami, pieszo - drogą z Brześcia do Pińska i okolic, a między nimi wycofujące się po walkach oddziały wojska polskiego. Niemieckie samoloty ostrzeliwują ludzkie tabory. Przeważnie kobiety z dziećmi pragną uciec przed niemiecką inwazją na spokojne jeszcze tereny Polesia.

Spokój długo nie trwał. Wielu w tej podróży zastanie wiadomość, że sowieci przekroczyli naszą wschodnią granicę. Nim dotrą tam, gdzie chcieli się schronić, znajdą się w strefie nowej wojny...

Miejscowa ludność wspomagała uchodźców noclegami, żywnością. Niestety, zdarzało się, że  złodziejskie bandy napadały na tułaczy. Rabowano ich mienie, a nawet dochodziło do mordów.

Niektórzy, gdy się okazało, że są w obszarze okupacji sowieckiej, natychmiast wracali na zachód. Ci, którzy tego nie zrobili od razu, mogli granicę na Bugu przekroczyć tylko nielegalnie. Były takie miejsca, gdzie za niemałym okupem, miejscowi łódkami przewozili uchodźców na drugi brzeg Bugu.

Po wsiach członkowie komunistycznych organizacji w oczekiwaniu na "wyzwolicieli" w stodołach chowali zielone gałęzie i rusztowania na bramy powitalne dla Czerwonej Armii.

Zgodnie z zawartym paktem Ribbentrop-Mołotow (23 sierpnia 1939 r.) Niemcy też czekają na włączenie się ZSRR do okupacji Polski.

Stalin, kosztem olbrzymich strat Czerwonej Armii na pograniczu z Mongolią, 16 września 1939 zwycięsko kończy wojnę z Japonią. Koniec wojny z Japonią staje się sygnałem do wkroczenia na tereny Polski w dniu 17 września.

I już są, wkraczają do pierwszych wiosek...

Iwan Daniłow opisuje to tak: "A drogą, po której niedawno wycofywała się polska armia, posuwała się sowiecka piechota i artyleria. Armaty różnego kalibru ciągnęły bardzo chude zamorzone konie. Do ogona każdego z nich była przymocowana miedzianym drutem tabliczka z dykty z napisem: kołchoz im. Stalina, Mołotowa, Szwiernika, Kaganowicza itd. z takiego a takiego powiatu. Wszyscy się rzucili oglądać armaty, konie, czytać napisy na tabliczkach. Chłopi otoczyli jakiegoś dowódcę i pytali: "towariszcz kamandir, a dlaczego Czerwona Armia ma takie chude konie"? "A to nie nasze" odpowiedział, "to kołchozowe".

U Poleszuków, i pewno nie tylko, mówiło się: jaki koń - taki pan. Dlatego widok tak zabiedzonych koni i to pewno z wzorcowego kołchozu im. Stalina, zdumiewał i bardzo zaniepokoił tutejszych. Czerwonoarmiejcy też nie robili swoim wyglądem dobrego wrażenia. Nogi w onuckach, niektórzy już  zbyt sędziwi, jak na żołnierza.

Na pytanie o to, jak się żyje w kołchozie odpowiadali  "choroszo". Ale kobiety zapraszały żołnierzy do domów, karmiły chlebem, słoniną, nieraz pachniała jajecznica i wtedy dowiadywały się, że to prawda o czym dawno pisano w polskich gazetach i o czym ludzie przechodzący na drugą stronę granicy opowiadali. Kobiety w kołchozach szyją sobie ubrania z worków, głód i bieda jest wszędzie, nawet tam, gdzie  kiedyś urodzajne ziemie żywiły całą Rosję. Taki komunistyczny raj.

Było już za późno. Bramy powitalne stały. Kamandiry całowali się ze wszystkimi na powitanie... Trzeba było trzymać fason.

W Pińsku żydowscy komuniści malowali transparenty na przywitanie sowietów. Kobiety szykowały zapasy żywności. A polski krawiec, który miał swój warsztat przy ul. Brzeskiej, kopał na zapleczu domu dół, żeby tam schować choć jedną maszynę do szycia, trochę materiałów i żony karakułowe futro. W czteropokojowym mieszkaniu wynajmowanym u jezuitów, w domu przylegającym do muru otaczającego klasztor i kościół jezuicki, była dopiero co kupiona maszyna bieliźniarka po okazyjnej cenie, na raty w jakiejś amerykańskiej firmie, która właśnie kończyła swoje interesy w Polsce. Zawartości sklepu, mieszczącego się też w tym budynku przy pl. 3-go Maja, nie dało się nigdzie schować.

Flotylli Pińskiej już nie było. Na rozkaz gen. Kleeberga 18 września zatopiono wszystkie jednostki pływające, niektóre tak, by blokowały szlaki wodne. 20 września marynarze wraz z kompanią Obrony Narodowej wycofały się przez most na południe.  Ostatni oddział zaminował go za sobą. Radzieckie czołgi są już na przedmieściach Pińska, za nimi artyleria. W rynku są witani transparentami przez komunistów, przeważnie Żydów. Armaty na placu 3-go Maja otaczają kościół i klasztor jezuitów. Jezuici bocznym wyjściem opuszczają klasztor. Już za tymi murami nie ma nikogo, oprócz rodziny krawca w swoim mieszkaniu.

Ludzie rozmawiają z żołnierzami stojącymi przy armatach. Dlaczego otoczyli kościół? Tam nie ma nikogo. To można sprawdzić. Ostatni raz z wieży kościelnej strzelali w 1916 r. Niemcy do carskiego wojska. Taki rozkaz...

Dzień wcześniej - 19 września w Tarnopolu, pod pretekstem, że ktoś strzelał z wieży kościelnej, mimo, że sowieci weszli na górę i sprawdzili, że nikogo tam nie ma, z ustawionych armatek wokół wspaniałego barokowego kościoła OO. Dominikanów ostrzelano świątynię. Świątynia płonęła, a żołnierze sowieccy z zachęconymi przez nich miejscowymi rabowali i niszczyli w niej, co się dało.

20 września, około godziny 19:00  zaczyna się ostrzał najbardziej okazałego kościoła na Polesiu. Krawiec z rodziną (żona i ośmioletnia córka) leżą przy ścianie pod oknami. Pociski odbijały się od grubych, miejscami kilkumetrowych, ścian kościoła, ledwie uszkadzając tynk. Widząc to, czerwonoarmiści zaczynają celować w dach i wieżę nad prezbiterium. Wieża płonie. Rodzina krawca modli się, by nie spadła na ich dom. Wszystko zapada się do środka. Całe wnętrze świątyni w ogniu. Podobno, gdy zaczął się pożar, jakiś kleryk tylko zdążył wbiec do środka i wynieść Przenajświętszy Sakrament.

Kościół Jezuicki

Następnego wieczora 21 września taki sam los spotkał prawosławny sobór   Teodora Tirona. Też puszczono plotkę, że ktoś z wieży soboru strzelał do czerwonoarmistów, otoczono haubicami, ostrzelano i spalono.

Rano przed ogrodzeniem wypalonego kościoła jezuickiego stoi na warcie znajomy młody Żyd z sąsiedztwa. Na ramieniu ma przewiązany sznurkiem karabin. I choć przed wakacjami uczył się w polskim gimnazjum, ani słowa nie rozumie po polsku. Mówi tylko po rosyjsku.

Krawiec na wszelki wypadek ukrywa się i nie nocuje w domu. Do jego mieszkania wchodzi radziecki żołnierz. Dziecko wystraszone. Kobieta po rosyjsku (dzieciństwo spędziła w Połtawie wśród Rosjan) pyta czego chce. Żołnierz wymachując wintowką, zaczął otwierać wszystkie szuflady, szafy - szukam twojego męża. Wziął do ręki duży zegar z zegarkowymi wieżyczkami po bokach. To był prezent od przyjaciela Żyda z pielgrzymki do Jerozolimy. Kobieta,  nie przebierając w słowach, po rosyjsku wyzywa swojego męża, że niby taki łajdak, rzucił ją z dzieckiem, poszedł do jakiejś dziwki, a tu wojna. I jeszcze on, ruski człowiek, zamiast jej pomóc, przewraca w jej domu graty. Żołnierz odłamał dwie wieżyczki zegarkowe, włożył sobie do kieszeni. Okazując zrozumienie i współczucie, resztę zegara podał kobiecie - "bieri" -  i wyszedł.

Po paru dniach wraca krawiec, wprawdzie ze swoim ulubionym  kieszonkowym zegarkiem, ale już bez pozłacanej dewizki, bo po drodze jakiś sowiecki żołdak mu zerwał z kamizelki.

Sklep ogołocony. Na jego oczach tutejsza Żydówka przyprowadza dwie Rosjanki, towarzyszki czerwonoarmistów, które ze sklepowego magazynku zabierają ostatnie rolki podszewki. Rolki się rozwijają i ciągną się kolorowymi wstęgami za odchodzącymi kobietami po trylince, środkiem ulicy Kościuszki.

Niedługo zobaczy jak pod jego oknami na pl. 3 Maja Czerwona Armia z hitlerowcami będzie bratać się i świętować zwycięstwo nad Polską. Nowe granice okupacji uzgodniono i władza radziecka zaczyna działać.

Krawiec oddaje na posterunek swoje radio marki Philips. Robi sobie zdjęcie w smokingu, w białej koszuli pod muszką z przeznaczeniem do legitymacji "sołdat sowietskoj armii". Po wcieleniu do armii radzieckiej, pilnuje magazynów, tych samych, zresztą, których pilnował, po mobilizacji do Wojska Polskiego w marcu 1939 r. 

Żydowskim komunistom opadł nieco sowiecki entuzjazm, bo nowi gospodarze dobrali się nie tylko do "burżujów", ale i splądrowali ich drobne sklepiki i kramy. Zdelegalizowano wszystkie dotychczasowe organizacje żydowskie. Dzieci żydowskie uczono tylko w języku jidysz. Nauki języka hebrajskiego w szkole zakazano.

Dokładnie skontrolowano konta bankowe, W związku z tym, krawiec dostał wezwanie do płacenia rat za maszynę do szycia kupioną w amerykańskiej firmie. Zdumionemu krawcu wyjaśniono, że ZSRR nie jest w stanie wojny z USA, dlatego maszyna, jako niespłacona nie zostanie zarekwirowana, pod warunkiem, że zapłaci zaległą i bieżące raty. Krawiec spłacił, bez szemrania, za pokwitowaniem wszystkie raty. Posiadanie tych kwitów w przyszłości uratuje cały ocalały w wojnie jego dobytek.

Odwiedza go zaprzyjaźniony właściciel hotelu, któremu pozwolono z rodziną dalej mieszkać w części pomieszczeń. Resztę hotelu zajmują sowieccy oficerowie i ich damy. Piją, balują, demolują. Owe damy nie zdają sobie sprawy, że te suknie, w których teraz tańczą, zabrane z okolicznych sklepików, to nocne koszule. Gdy zrobiło się chłodniej, oficer zwycięskiej armii z magazynu bierze hotelowy ręcznik z frędzlami i zakłada sobie na szyję jako szalik.

Nagle do mieszkania krawca wchodzą żołdacy i rozkazują do godz. 17:00 opróżnić wszystkie pomieszczenia. Krawiec biega po mieście, w poszukiwaniu jakiegoś lokum dla rodziny, a jego żona, co się nie stłucze wyrzuca przez okno na bruk, resztę zawija w prześcieradła i wynosi przed dom. Do piwnicy, gdzie były zapasy na czas wojny, nawet nie wchodzą. Mieszkanie puste. Będzie przeznaczone dla NKWD. Rodzina nie ma gdzie się podziać. Zlitował się nad nimi zaprzyjaźniony ksiądz Henryk Humnicki i zabrał do swojego domu na ul. Zieloną.

Tu jest spokojnie. Przychodzą dawni klienci. Jeden z nich pochodzi z Porzecza. Opowiada jak zabito Romana Skirmuntta, tego samego, który był rzecznikiem niepodległej Białorusi. Na pytanie czy tam był wtedy, odpowiada - tak.

"Ktoś z tyłu krzyknął, żeby ich zabić.
My zdurieli!
Jak teraz żyć? Jak komuś spaliła się chata, to Skirmuntt ze swego lasu dał drzewo na nową, jak się komu krowa utopiła w bagnie - dał jałówkę. A ci gołodrańcy - oni nic nie mają, nikomu nic nie dadzą i jeszcze wszystko zabiorą. Jak żyć? Nu, zdurieli, zdurieli..."

Jego żal był poniewczasie. Miejscowi, tutejsi Poleszucy, wierząc w lepszą komunistyczną przyszłość, napadali na bezbronnych osadników, na dwory, rabowali majątki jeszcze przed przybyciem Czerwonej Armii. Nie było litości dla dzieci, kobiet, starców. Nie było litości dla nauczycielek uczących ich dzieci. Polak bez względu na stan był celem napaści, jego majątek - źródłem wzbogacenia. Nawet prosty żołnierz, wracający do domu, tracił życie dla pary butów. Wycofujące się polskie jednostki wojskowe były nękane przez miejscowe bandy partyzanckie uzbrojone nawet w broń maszynową przez sowieckie agentury, ale również byli napadani przez zwykłych wieśniaków, którzy zabijali dla munduru czy oficerek. Gdy w odwecie palono wsie, słychać było w płonących stodołach  kanonady, wybuchy zmagazynowanej jeszcze przed wojną amunicji.

W mieście też nie było spokoju. Grasowali wypuszczeni z więzienia kryminaliści, bandyci, złodzieje. Niektórzy znowu szybko za rozboje wrócili za kraty. Wielu jednak obnosiło się jak bohaterowie ciemiężeni przez  burżuazyjną Polskę i chętnie współpracowali z sowieckimi wyzwolicielami np. jako milicjanci. Widać też było mieszkańców najbliższych wsi z tobołkami przeprawiających się z łupem na drugą stronę Piny.

Po aresztowaniach zaczęły się deportacje (luty 1940 r.). Najpierw pociągami na daleki wschód wywożono "burżujów" bez względu na narodowość. Rodziny wojskowych wziętych do niewoli, rodziny policjantów, pocztowców, leśników  -  ziemianie, urzędnicy, dawni legioniści, osadnicy, nauczyciele, lekarze, również osoby starsze, niedołężne, małe dzieci - w bydlęcych wagonach były wiezione w dalekie stepy Kazachstanu, w okolice Archangielska, za Ural. Gdzieś tam daleko na zatracenie, upodlenie, do ciężkiej pracy jechali ludzie wykształceni, zdolni, aktywni, piękni.

Niedługo za nimi w takich samych wagonach, będą jechać i ci, którzy tak nie mogli doczekać się władzy sowietów.

Posiadacz ponad pięciohektarowego poleskiego gospodarstwa wg nowej władzy był kułakiem i podlegał rozkułaczaniu. Jeżeli protestował, stawał się kandydatem do zsyłki. Już po miesiącu od wkroczenia Czerwonej Armii na Polesie zaczęły się na wsi aresztowania, a potem deportacje.

NKWD organizowało komitety biedoty, które współdecydowały o tym, kto ma być rozkułaczony. Bez względu na ilość ziemi, gospodarz, który miał dom pokryty ocynkowaną blachą - był kułakiem. Ale jeśli zapobiegliwy człowiek na stodole słomianą strzechę zamienił na błyszczącą blachę, a dom wyglądał po staremu, to nowa władza miała kłopot. I tu zaczyna się etap bimbrownictwa. Polskie władze wysokimi karami wytępiły pędzenie samogonu. Teraz nie było wyjścia - na stoły trafiał jeszcze ciepły bimberek, słonina, kiszone ogórki, jajecznica i większość spraw dało się załatwić polubownie. Samogon szybko stał się "walutą", za którą można było kupić wszystko, bez względu czy okupantem byli sowieci, czy później hitlerowcy.

Sowieci podjęli na szeroką skalę akcję ideową, mającą Poleszuków przekonać, że np. nie ma Boga. Wydawano broszurę  "Biezbożnik". Podczas religijnych świąt przed cerkwiami urządzano ateistyczne mitingi i przedstawienia kpiące z Ewangelii. W Pińsku w szkołach, fabrykach organizowano prelekcje, na których nastawiano wrogo do Polaków inne nacje. Szczególnie faworyzowano Żydów. Na takich wykładach informowano, że pod kilkuletnią karą więzienia, nie wolno na Żyda mówić Żyd - należy mówić Jewrej. Zdarzyło się, że "dokładczykowi" zwrócono uwagę, że w literackim polskim języku Jewrej to właśnie Żyd. Dokładczyk zaniemówił. Obeszło się bez konsekwencji, ponieważ tę uwagę wniósł Żyd.

Pierwsze kołchozy powstawały już wiosną 1940 roku. Ci, którzy nie poddali się kolektywizacji, płacili wysokie podatki pieniężne od nieruchomości, drzew owocowych, uli, koni. Oprócz tego musieli uiszczać podatki ziarnem, mlekiem, mięsem, jajami, wełną. Kołchoźnicy mieli pewne ulgi.

W 1940 roku na Polesiu sowieci budowali kilka lotnisk. Mieszkańcy okolicznych wiosek byli zmuszani do  wyrębu lasu i wywózki drewna własnymi końmi, transportu żwiru itp. materiałów - taki nowy szarwark. Również był przymus darmowej ciężkiej pracy np. przy naprawie śluz i udrożnieniu Kanału Królewskiego, którym na barkach popłynął do Niemiec węgiel, ruda, ropa, zboże aż do 22 czerwca 1941.

Od wiosny 1941 roku każdy gospodarz, bez względu na ilość ziemi, miał obowiązek wszystko zostawić, swoją krowę zaprowadzić do kołchozowej obory i zostać kołchoźnikiem. Jeśli okazał niezadowolenie, był deportowany na daleką północ lub w głąb Syberii. Tak oto również i nie jeden pośród tych, co sowietom stawiali bramy powitalne - w głębokiej tajdze budował komunizm.

W niedzielę 22 czerwca 1941 niemieckie samoloty nadleciały nad Polesie.

Miejscowi przeczuwali nową wojnę. Czerwona Armia Stalina była zupełnie zaskoczona. W Pińsku atak niemieckiego lotnictwa na port, większe zakłady przemysłowe, mieszkańcy wspominają jako niezwykłą panikę czerwonoarmistów. Nieraz tylko w kalesonach na oślep uciekali na bagna, do lasu.  Na wschód przed Niemcami uciekają też Żydzi, którzy byli uciekinierami z Warszawy, w obawie przed faszystowskimi prześladowaniami. Na starej granicy z ZSRR są przyjmowani niechętnie. Ostatecznie przyjętych Żydów dzielą na biednych i bogatych. Biednych zostawiają. Bogatych wywożą na Syberię, jeszcze wtedy nie wiedząc, że ratują ich przed niemieckim holokaustem.

Niemiecką okupację mieszkańcy Polesia przyjmują z nadzieją. Wielu zostało ocalonych przed planowanym zesłaniem na Syberię. Niektóre pociągi pomimo nowej wojny jednak odjechały.

Do Pińska Niemcy wkraczają dopiero 4 lipca 1941 roku. Rozlokowują się tak, jak i sowieci - między innymi w budynkach klasztoru jezuitów. Tam gdzie urzędowało NKWD, teraz mieści się gestapo i ma taką samą mroczną sławę. Aresztowania, publiczne egzekucje, stały niepokój o życie - to codzienność.

1941 r. na Polesiu, to rok płonących synagog. Taki los spotkał i Pińską synagogę przy ul. Królowej Bony. Jeszcze do 1957 r. była ruiną składającą się z kilku fragmentów muru w narożnikach. Przez jej środek ludzie wydeptali ścieżkę - skrót między ulicami wtedy nazywanymi Pierwomajską i Lemieszewicką (Piłsudskiego i Królowej Bony -  przed wojną). Wiosną 1958 r. zarzucono liny na resztki murów i ciągnąc traktorem zrównano z ziemią.

1 maja 1942 w Pińsku ludność żydowska miejscowa i z okolic zostaje zamknięta w getcie - 18 644 osoby. Obowiązuje zakaz opuszczania getta.

Granica getta na ul. Zielonej przylega do drewutni, z której korzysta nasz krawiec. Poprzez poluzowaną deskę nocą do niej przychodzi znajoma Żydówka po prowiant przygotowywany przez żonę krawca. Niektórzy mieszkańcy Pińska, pomimo groźby kary śmierci, przechowują Żydów. Zdarza się, że szczególnie dzieci, wymykają się ze skrytek na miasto. Niestety, przyłapani przez Niemców, wskazują miejsca ukrycia i wtedy są rozstrzeliwani razem ze swoimi dobroczyńcami.

Pewnego dnia krawiec na ulicy spotkał w biały dzień Żydówkę, którą dożywiał. Zaniepokojony tym zdarzeniem, z rodziną przeprowadza się do pustego domku w centrum miasta, opuszczonym przez krawca Rozenszteina, Żyda, który wyjechał z Pińska jeszcze przed przybyciem Niemców. Od frontu rozłożył się z pracownią. Przydomowy ogródek obsadził warzywami, a w drewnianych szopkach umieścił klatki z królikami. Tak sobie radziła z brakiem żywności większość mieszkańców miasta.

22 października 1942 zostaje zlikwidowane pińskie getto. Wykonawcą tej masakry  jest  niemiecki zmotoryzowany batalion policji porządkowej.

Na poleskiej wsi pamiętano Niemców z czasów I wojny. Z tego powodu, nie spodziewano się doznania większych krzywd od niemieckiego okupanta. Ludzie z radością przyjęli rozwiązanie kołchozów i zmniejszone podatki. Niektórym gospodarzom nawet przydzielano radzieckich jeńców do pomocy przy zbiorach. Prostych niemieckich żołnierzy  goszczono w domach chlebem ze słoniną. Zdarzało się, że brali udział we wspólnych zabawach. Nie mogło to podobać się zbiegłym czerwonoarmistom, enkawudzistom kryjącym się po lasach w partyzanckich oddziałach. Tym bardziej, że powstałe na tyłach niemieckiego okupanta oddziały partyzanckie na terenie całej Białorusi w ilości 437 ugrupowań, w ciągu jednej wojennej zimy zostały rozbite lub rozproszone do 25 grup, rozmieszczonych głównie na Polesiu. Żeby miejscowych zaktywizować do walki z Niemcami wyspecjalizowane grupy NKWD organizowały prowokacje. Podobne akcje przeprowadzano na terenach Polesia w okresie międzywojennym tj. podpalenia, napady, ale władze polskie nie dały się sprowokować do odwetu na miejscowej ludności. Teraz w stronę Niemców padały z ukrycia, znienacka strzały, wybuchały pożary. Za prowokacje te karana byłą cała wiejska zbiorowość z bezwzględnością i okrutnością, jakiej miejscowi nie doznawali podczas poprzedniej wojny. To było nowe pokolenie Niemców - hitlerowcy. Swoją bezwzględnością i okrucieństwem mobilizowali prostych ludzi do zemsty i walki z nowym najeźdźcą.

W Poleskich lasach, na bagnach chroniły się oddziały partyzantów zorganizowane jeszcze przez przedwojenne komunistyczne jaczejki, partyzanci zorganizowani przez uciekającą przed Niemcami Czerwoną Armię, partyzanckie oddziały NKWD, zajmujące się głównie "poprawnością ideologiczną", różne oddziały nacjonalistyczne ukraińskie. Ci walczyli ze wszystkimi  - z Niemcami, z polskimi jednostkami ruchu oporu, rabowali wiejską ludność z żywności i dobytku. Grasowały też zwykłe bandyckie grupy pod różnymi szyldami.

18 stycznia 1943 r. ma miejsce brawurowa akcja zorganizowana przez Ponurego (Jan Piwnik) na przepełnione więzienie w Pińsku. Zostają odbici trzej więźniowie - członkowie zbrojnego oddziału AK Wachlarz. Za ten wyczyn płaci miasto, ponieważ w odwecie Niemcy biorą 30 zakładników, mieszkańców Pińska. Była to pińska inteligencja, której udało się uniknąć deportacji i wyniszczenia przez sowietów  m. innymi nauczyciele, duchowni. 20 stycznia ci niewinni ludzie zostali rozstrzelani w Janowie Poleskim.

Na okupowanych terenach Polesia, Niemcy próbują pozyskać do współpracy ludność pochodzenia niemieckiego. Poszukują tzw. volksdeutschów. W te okolice Niemcy przybywali w dawnych czasach jako rzemieślnicy, kupcy. W XIX wieku zakładają w Pińsku gorzelnie, garbarnie. Pracują przy budowie pierwszych kolei. Są zżyci z tutejszą ludnością, wchodzą w mieszane związki małżeńskie. Niczym się nie wyróżniają w tutejszej wielonarodościowej i wielowyznaniowej społeczności.

Teraz, współpracując z niemieckim okupantem, mogą mieć specjalne przydziały na żywność i inne przywileje. Chcą czy nie chcą, muszą podać wszystkich krewnych i donosić na swoich sąsiadów i dawnych przyjaciół.

Teściowa naszego krawca jest Niemką. Wraz z mężem Polakiem wyprowadza się z Brześcia na wieś pod Drohiczynem, do syna, gdzie nikt ich nie niepokoi. Jej brat, mieszkający w Pińsku, przychodzi do krawca i oświadcza: "Józef, nie martw się. Twoja żona jest ciężko chora, dlatego rodzina nie zdradzi, że jest ich krewną".

Niestety, to nie koniec problemów narodowościowych w tej rodzinie. Pewnego ranka podczas czyszczenia klatek królikom, krawiec słyszy brzęk szkła i krzyki. Podbiega pod dom. Przed domem w nocnych koszulach stoi żona i córka, a przy nich dwóch niemieckich żołdaków przyprowadzonych przez Rosjankę. Okno w kuchni wybite. Rosjanka pokazuje na rodzinę i mówi, że to są Żydzi. Spuszczenie do kolan portek stawia krawca po aryjskiej stronie, gorzej z żoną obdarzoną czarnymi, naturalnie skręcony włosami. Na szczęście jeden z żołdaków okazał się Słowakiem i krawiec był w stanie pokonać barierę językową i wytłumaczyć, że to pomyłka - są Polakami, katolikami. Żołnierze odeszli. Po kilku miesiącach Niemcy rozstrzelali tę Rosjankę.

Tu, w centrum miasta, klientami krawca bardzo szybko stali się niemieccy żołnierze, oficerowie. Od dawna specjalizował się w krawiectwie mundurowym. Zaczynał od szycia mundurów legionistom.

Pewnego zimowego dnia przyszedł do niego młody człowiek, Włodzimierz Stelmaszuk, partyzant z polskiego batalionu im. Kościuszki, zorganizowanego przez żołnierzy Czerwonej Armii i poprosił o przygarnięcie jako krawca. Krawiec zgłosił go Niemcom jako czeladnika, ponieważ miał coraz więcej pracy i potrzebował pomocnika. Partyzant pojęcia nie miał o krawiectwie, ale szybko się uczył. Ponieważ praca miała być wykonana tak, jakby pracowały dwie osoby, to chłopak wyręczał krawca we wszystkich zajęciach domowych. Rąbał drwa, palił w piecach, nosił wodę,  odrzucał śnieg. A jak przychodzili Niemcy do przymiarki, z zapałem wyciągał fastrygi z kapoty, uprzednio w tym celu przygotowanej. Jak mrozy zelżały, gdzieś znikał, a zimą znowu się pojawiał. Po wojnie osiadł w Moskwie i długo utrzymywał kontakt korespondencyjny z córką krawca.

Następnym czeladnikiem był Grzegorz. Jego ojciec przyszedł do krawca po ratunek, ponieważ syn znalazł się na liście młodych ludzi wywożonych do Rzeszy na roboty. I znowu krawiec poszedł do Niemców. Prosi o przydzielenie mu czeladnika Grzegorza Huka. Grzesia przydzielono. Też  nie umiał trzymać igły w ręku. Chłopaki, zanim nauczyli się krawiectwa, robili co potrafili, a krawiec tyle pracował, że prawie nie spał, bo nie mógł wydłużać terminu wykonania szycia, zatrudniając dwóch "czeladników". Ojciec Grzesia zaopatrywał ich w żywność. Grześ opiekował się krawcem, póki ten mieszkał w Pińsku.

W tych czasach był jedynym wykwalifikowanym męskim mundurowym krawcem w okolicy. Tym rzemiosłem dawniej na Polesiu zajmowali się przeważnie Żydzi, ale ich już nie było. Dlatego, gdy pod koniec wojny jego dwunastoletnią córkę wzięto na roboty do warzywniaka, mógł załatwić jej zwolnienie, jako osobie zajmującej się domem z powodu chorej ręki matki.

Z niemieckimi klientami bywało różnie. Na początku wojny przynosili kupony materiału gotowe do uszycia nowego munduru. Z czasem były głównie poprawki,  wymiana kołnierzy, odświeżanie. Jeszcze za okupacji sowieckiej córka krawca rozchorowała się na nerki i przestała nawet chodzić do szkoły. Niemiecki wojskowy lekarz przyniósł jej leki, po których wyzdrowiała. Również żona krawca, chora na epilepsję, dostawała lekarstwa od tego samego niemieckiego lekarza, po których nastąpiła bardzo duża poprawa.

Za krawiectwo płacili rzetelnie, a  też i  krawiec liczył sobie niewiele. Pewnego razu niemiecki oficer obruszył się, że w ogóle od niego żąda się zapłaty za wymianę kołnierza i zrugał rzemieślnika. Wystraszony tym wydarzeniem od następnego klienta za pracę zażyczył sobie śmiesznie małą kwotę. Ten coś tam wykrzykiwał  i też nie płacąc wyszedł trzaskając drzwiami. Krawiec siedział zupełnie przerażony. Po godzinie wraca ten drugi Niemiec. Stawia na stole butelkę ze spirytusem, masło, cukierki. Mówi: "Jestem Hans Weber. Nie jestem Niemcem. Jestem wiedeńczykiem. W Wiedniu mam też w tym wieku córeczkę i też blondynkę. Jak będzie pan takie grosze brać za swoją uczciwą pracę, to pańska córka i żona tej wojny nie przeżyją, poumierają z głodu". Od tej pory wiedeńczyk stale przychodził pod byle pretekstem i płacił tym, co było najtrudniejsze do zdobycia - żywnością. Czasem prosił, żeby mu usmażyć jajecznicę na boczku. Pod koniec wojny przyszedł się pożegnać.

1944 r. był rokiem wzmożonych akcji partyzanckich. Miasto praktycznie było odcięte od dostaw żywności. Głód zaglądał w oczy i mieszkańcom miasta, i okupantom. Nasz krawiec jeszcze jesienią kupił przeraźliwie chudą krowę,którą gospodarz  prowadził do rzeźni. Zimą kupuje młodą kózkę, bo w razie czego kozę łatwiej wykarmić w opuszczonych ogrodach. Zdarzało się, że z gospodarzem z sąsiedniej wsi umawiał się na dostarczenie uprzednio opłaconego worka ziemniaków. Po uprzedzeniu Niemców, ponieważ ich obszywał, zezwalano na odebranie dostawy. Niestety, wieśniacy często byli nieuczciwi i zapłaconej żywności zwyczajnie nie dowozili.

Trudno w to uwierzyć, że rodzinę krawca czasami dożywiał ich pies Dżek. Psina miał złodziejską smykałkę. Zdarzało się, że z niemieckiej wojskowej kuchni przynosił mało mniejszą od siebie rybę. Kiedyś przyniósł spory kawałek wołowiny. Mięso było świeże, tylko brudne. Po umyciu i przyrządzeniu nadawało się do spożycia dla rodziny i pieska. Podczas powrotu znad Piny ukradł niemieckiemu żołnierzowi torebeczkę z suchym prowiantem: chleb, tłuszcz, 2 jajka i kawałek kiełbasy. Połowa kiełbaski była dla Dżeka.

Brak żywności doskwierał coraz bardziej. Pewnego razu za pracę Niemiec chciał zapłacić tuszką obdartą ze skóry. Nie wyglądało to jak królik, więc krawiec zapytał: pies?
Niemiec się oburzył: nie, tłuściutki kotek.
Krawiec zrezygnował z zapłaty.

Po upadku Mussoliniego, 8 września 1943 r. marszałek Badogio ogłasza  zaprzestanie walk z siłami anglo-amerykanskimi bez wypowiedzenia wojny III Rzeszy. Hitler zarządza  internowanie włoskich żołnierzy. I oto idą przez Pińsk eskortowani przez Niemców. Czarni, wychudzeni, niektórzy są po prostu wleczeni przez kolegów, nogi mają owinięte jakimiś szmatami, jak mroczne zjawy powoli przesuwają się w stronę rynku. Krawiec i jego córka na zmianę niby po wodę do pompy idą, żeby niezauważenie podać któremuś z nich kawałek chleba. Inni mieszkańcy robią to samo. Jak Niemiec zobaczy, że jest podawana żywność, zabiera głodnemu nieszczęśnikowi. Nocują w Pińsku. Nie wszystkim udało się przeżyć tę noc. Zostali pochowani na małym skwerku u wylotu ulicy Portowej.

Front już blisko. Niemcy szykują się do obrony. Spodziewają się ataku od Piny. Zrywają płyty z nabrzeża by zrobić dodatkowe umocnienia. Mieszkańców Pińska postanawiają ewakuować, żeby nie byli dla nich dodatkowym zagrożeniem podczas walk.

Od maja 1944 r. masowo palą wsie, które mogą być zapleczem, źródłem prowiantowania dla partyzantki. Również wyburzane są tzw. obiekty strategiczne. Z tego powodu wyburzono barokowy kościół (XVII w.) w Horodyszczu koło Pińska. Z wieży kościelnej był doskonały widok na ujście Jasiołdy, Prypeć, na drogę ze wschodu do Pińska.

Ewakuowani mieszkańcy  Pińska wyruszają w stronę Brześcia również i pieszo, pod niemiecką eskortą. Ludzki potok ze wschodu na zachód jest ostrzeliwany z radzieckich samolotów. Mimo, że patrole niemieckich żołnierzy, gdy zobaczą jakiś ruch w przeważnie parterowych domkach w Pińsku, natychmiast wrzucają przez okno granat, wielu nie opuszcza miasta. Rodzina kościelnych ukrywa się w zakrystii kościoła pw. Wniebowzięcia NMP. Rodzina krawca chowa się w piwnicy, do której wejście jest w podłodze pokoju, zamaskowane chodniczkiem. Żona krawca jest w zaawansowanej ciąży. Podczas lotniczego nalotu, wchodząc do piwnicy, traci równowagę spada i dotkliwie się tłucze. Zdarzyło się, że gdy rodzina siedziała z psem w piwnicy, do domu weszło dwóch niemieckich żołnierzy. Przeszli nad ich głowami do kuchni. Głośno rozmawiając, rozpalili ogień odgrzali konserwę, zjedli i poszli sobie.  Krawiec trzymał rękę psu na gardle. Przykrył kocem, żeby oszczędzić córce widoku, jak go dusi, gdyby pies zawarczał. Na szczęście wszyscy siedzieli cichutko.

Jeszcze jeden nalot, Niemcy uciekają, a do centrum prawie bezludnego miasta 14 lipca 1944 r. wjeżdżają czołgi 2 Frontu Białoruskiego. Pod ich gąsienicami ginie przygłuchy pies krawca. 28 lipca z rozkazu Hitlera następuje niemiecki kontratak pod dowództwem feldmarszałka von Bocka. Czerwonoarmiści po ciężkich walkach Pińska już nie oddali.

Zniszczenie  Pińska szacuje się na ok. 30%. W tym stocznia, port, fabryka zapałek, kilka tartaków. Jeden z pocisków spada na dach budynku dawnego Seminarium Duchownego, przylegającego do katedry, co powoduje obsunięcie się części dachówek nad prezbiterium katedry. Proboszczem jest ks. Jan Wasilewski. Zbiera pozostałą w mieście garstkę parafian i, jak to jest możliwe najszybciej, z dostępnych materiałów naprawiają uszkodzony dach. Innych uszkodzeń katedra nie doznała. Dzwonnica z nowym hełmem, cała budowla z zewnątrz i wewnątrz odnowiona po wielkim pożarze z 1921 r., nie miała żadnych uszkodzeń. Katedra, której początki franciszkańskie sięgają 1396 r., cudownie ocalała wraz z całym wyposażeniem.