Białe Jezioro

Historia tej poleskiej miejscowości jest krótka, bo liczy sobie zaledwie  sto dziesięć lat.

Osada ta powstała z nadania ziemi przez  Drucko-Lubeckich w 1835 r. Kilka gospodarstw rozłożyło się nad północnym brzegiem Białego jeziora i pierwotnie osada Kolonia Mazury otrzymała nazwę - Białe Jezioro. Mieszkańcami tej wsi byli  emigranci z Mazowsza, przez miejscowych nazywani Mazurami. Nie wykluczone, że emigracja ta miała związek z represjami po upadku Powstania Listopadowego. Do rdzennych Mazurów  dołączyły przynajmniej dwie rodziny niemieckie o nazwiskach Szulc i Orbitz.

Najwięcej osób zamieszkujących Białe Jezioro nosiło nazwisko Dąbrowski. Oprócz Dąbrowskich mieszkali tam Rudniccy, Trzybulscy, Gotalscy, Metelica. Ostatnie nazwisko należy do mieszkańców wskutek ożenku, tak jak i nazwisko Subzda od ok. 1926 r. (również z Mazowsza).

Do 1944 r. miejscowość ta liczyła 40 domów. Domy były drewniane, ale większe niż na zwykłej poleskiej wsi. Pomieszczenia gospodarcze nie przylegały do części mieszkalnej. Przy każdym domu był warzywniak, sadek, studnia z żurawiem. Wieś była dostatnia i wielodzietna. Większość mieszkańców była związana z dworem ks. Drucko-Lubeckich w Krystynowie koło Łunina. Wykonywali różne prace dla majątku książęcego i korzystali z wielu dobrodziejstw.

W tej wsi mieszkał nadzorca majątku, leśniczy (w lasach książęcych organizował polowania dla gości księcia), był kowal i młyn.  Kobiety były zatrudniane jako służba. Dziewczyny uczyły się gospodarzenia, robótek i przy tym śpiewały pieśni Moniuszki. Dla maluchów była zorganizowana ochronka, a starsze dzieci we wsi miały czteroklasową szkołę. Leśniczy przywoził do wioski z majątku Drucko-Lubeckich polskie książki. Ubiór mieszkańców nie był poleski, a od święta, szczególnie dziewczęta były ubrane "po miejsku".

Mieszkańcy Białego Jeziora

Ludzie ci różnili się od Poleszuków nie tylko ubiorem, ale i wyglądem - wysocy, szczupli, postawni. Jeden z mieszkańców, p. Mieczysław Dąbrowski, (leśniczy) miał 2 m wzrostu. Kobiety często przekraczały 1,75 m.

Doskonale się bawili, robili sobie różne żarty. Np. nakrywali szybą otwór komina. W domu się dymiło. Gospodarz sprawdzał komin, i póki szkło nie zaczerniło się sadzą i widać było niebo, nie wiedział co się dzieje. Koło Wielkanocy robiono też inne żarty np. wciągano wóz na dach domu.

Rodzina nad Białym Jeziorem


Byli niezwykle pracowici. Oprócz uprawy roli (niektórzy mieli nawet po kilkanaście ha) i przydomowej hodowli,  pracowali przy wyrębie lasu, także i kobiety. Dawniej byli zatrudniani przy budowie kolei do Baranowicz.  Orbitzowie zajmowali się wypalaniem węgla drzewnego.

Po rydze do lasu podobno jeździło się furmanką i kisiło się w drewnianych beczkach. Wysuszone borowiki, czarne jagody wożono do Pińska na targ. Jezioro dostarczało ryb, ale było też miejscem rekreacji. Wieczorami młodzi wypływali na łódkach i śpiewem umilali sobie czas. Śpiew niósł się po gładkiej wodzie i odbijał się echem od sosnowego boru.

Wędkarze powiadają, że jezioro ma ok. 42 m głębokości i jest połączone z jeziorem Horodyskim. Wg opowieści dawnych mieszkańców powstało wskutek zapadnięcia górnej warstwy ziemi. Przypuszczają, że na miejscu jeziora była kiedyś wieś, ponieważ zdarzało się, że z jego głębi na powierzchnię wypływały belki ? części dawnych domów.

Las dochodził do bagien i tam w razie niebezpieczeństwa chronili się mieszkańcy wsi. W czasie ostatniej wojny nieraz razem z dziećmi "pomieszkiwali" na błotach. Wieś położona w odludnym miejscu, ale blisko kolei (stacja Bostyń, Krystynów) i blisko szosy Pińsk-Łuniniec, była często odwiedzana przez partyzantów i niepartyzantów. Jednych od drugich trudno było odróżnić, ale nakarmić trzeba było.

Wojna zaczęła się od wkroczenia Czerwonej Armii. Jako pierwszy został deportowany leśniczy w czerwcu 1940 r. Oprócz niego deportowano z tej wsi 12 osób o nazwisku Metelica, w tym pięcioro dzieci w wieku 16, 9, 7, 6  i 4 lat. Ich sąsiedzi byli przymuszani do transportu skazanych własnymi furmankami do stacji w Łunińcu. Wszystkich skierowano do obwodu Archangielskiego.

Jeden z mieszkańców, nie znając cyrylicy, podpisał podsunięty przez komandira, czerwoarmistę "dobrowolną zgodę na przesiedlenie wraz rodziną". Wybuch wojny z Niemcami uratował tę rodzinę  przed deportacją na wschód.

Niemcy często nawiedzali tę wieś, szczególnie pod koniec wojny. Nieraz trzeba było ich nakarmić, ale byli przyjaźni. Częstowali dzieci cukierkami. Był z nimi dobry kontakt, ponieważ były tu dwie rodziny niemieckie. Leokadia Dąbrowska, z domu Orbitz - Lida, nawet mówiła po niemiecku. W maju 1944 r. otrzymali rozkaz spalenia wsi, żeby nie była ostoją dla partyzantów. Tłumaczyli się przed Lidą, że nie mogą nie wykonać rozkazu. Mieszkańców z dobytkiem przesiedlono do wolnych domów i częściowo do ziemianek w Bostyniu.

Po odejściu Niemców, ludzie wrócili do swojego Białego Jeziora i zaczęli odbudowywać wieś ze zgliszcz. Do zimy, domy były na tyle wykończone, że można było mieszkać. Wiosną obsiali pola, a latem przyszli sowieccy urzędnicy i kazali się pakować do bydlęcych wagonów i wyjeżdżać na zachód. Rozpacz była wielka. Żal nie do opisania.

Pojechali...

Mieszkańcy okolicznych wiosek rozebrali dopiero co odbudowane domy na własne potrzeby i to był koniec wsi pod nazwą Białe Jezioro. Sto dziesięć lat pracy, radości i smutków, łez i śmiechu, miłości, szczęścia i zawodów minęło - tylko kurz został za ostatnią  furmanką.

Białe Jezioro - Pomnik upamiętniający miejsce po wsi Białe Jezioro i miejsce pochowku partyzantow